wtorek, 9 grudnia 2025

Nie były to łatwe dni


Nie, to nie były łatwe dni, a zresztą
Wolno zmieniając się w tygodnie jakże
Przewidywalny tworzyły marsz – przeszłość
Była w zasięgu rąk: we śnie. Kto wskaże

Przyczynę, która przecież ukryta jest tam,
Gdzie ludzki nie sięga wzrok, nie drży żaden głos…
Nie chmur wszakże, lecz ziemi dotyka ten plan,
Gdzie lata w chłodnym świcie zmieniają się w los.

Bzy zginęły, ugięte w spadłych wczoraj śniegach,
Wody znikły pod lodem, zaciskając pętlę
Na długich, płaskich szyjach wśród pól. Trwało jednak
Coś, co niewysłowione. Zimne, obojętne.







 

I żeby było wieczne lato

 
Powroty do tamtych dni,
kiedy wyruszały statki
z portów zarosłych pokrzywą, bzami,
statki o papierowych burtach
płynące w świat, który był jedynie
jednym z wielu światów.

Pamiętam tę mapę:
obłość kontynentów
zawisłych nad granatem
niby nad przepaścią.
I na nich ludzie z baśni,
mający nas za nic,
bo byliśmy realni,
z krwią, pigmentem, kością.

Te ich wojny, intrygi,
łzy palące miasta.
Wiele z tego wzięliśmy
i nieśliśmy z dumą.

Lecz była tu też tęsknota
za czymś doskonałym.

Lśnił biały zawój brzegu,
a szlak rozmarynu
schodził zakosami w dół,
tam gdzie gwar tawerny,
zastawione stoły.
I gdzie wciąż pojedynki
śpiewacze przy wtórze
śmiechów, brzęku szklanic.

To było wieczne lato,
ciepły wiatr,
rozwieszona, by schła, sieć pejzażu.

W nim to ciche życzenie,
którym pozdrawialiśmy się,
zrazu dyskretnie, nieśmiało,
potem otwarcie, choć z goryczą,
jak dumni spiskowcy
odarci ze swego sekretu,
wydani na stracenie,
pogodzeni ze swoją
nieuchronną przegraną. 







czwartek, 27 listopada 2025

Zima. Antologia przypadków


*

Opowiedz mi biel. Nie wiedziałbym, jak zacząć. Czy te wszystkie drogi zdążyły już zamarznąć? 

*

Nikt tu nie zamierza nakręcać budzika
(w zimie to czynność pozbawiona sensu).
Pająki śpią.
Wszyscy myślą tylko o guzikach: 
przyczynie gry i jawy. Między nimi przęsło,    

nakreślone tu jeszcze za przyczyną babki
nieznanej nikomu z żywych – to familia wschodnia –  
stanowi swoje prawa. (Gdy sięgniesz do szafki,  
namacasz płomyk roślin najdziwniejszych odmian
spiętych ze swym cieniem ideą agrafki).

Śpimy więc. Magiczne strzepnięcie poduszki
ze śniedzi czasu zwyczajnie nazywanej kurzem.
Dom opuszczamy z wolna. Nad drewnianym łóżkiem
portret dziadka z wąsem wzniesionym ku górze
jak drogowskaz. Herbatę wypijamy duszkiem,  

parząc wargi i język, który dzisiaj milczy
(w zimie tylko milczenie miewa rację bytu).
Nakryty stół
wabiący karafką; i tak tajemniczy,
że nie wstaje od niego dziś nikt oprócz świtu.

*

Najpierw wszystko zastygło i ucichł wiatr. Jak rana. I jak oddech. Ucichła śpiewna mowa jabłoni. I dopiero wtedy zrobiło się ciemno, jakby czarne błoto z drogi przy rzece nagła fala wyrzuciła w górę. Świat stał się mniejszy. Ręce zaczęły grabieć. Szorstka skóra zdzierała z nieba całą szarość.

Wbiegnij tam za mną! Nogi ślizgają się na oblodzonej ścieżce. Trzeba uważać, żeby nie trafić stopą na cegłówkę z rozbitego muru, który ciągnie się wzdłuż ulicy i ginie w rzece. Drzewa blisko twarzy. Blisko rozpędzonych ciał. Ale nikt nie zwolni. Nawet ból nie jest przeszkodą. Zresztą tu nie czuje się bólu.

A ona? Gdyby tu teraz była ona i powiedziała: jestem dla ciebie? Tu? Tu. Na tym zimnie? Tak. Ma się rozumieć! Która? Szeleszczą gazety. Ta. Zdjęcie jest niewyraźne. Nie. A ta? Pochylone głowy zbliżają się do siebie. Mur pełznie wzdłuż ulicy i tonie w brunatnym nurcie. Trzeba coś zrobić, żeby nie odpowiedzieć.

Pierwszy mróz wchodził między drzewa; trzeba było pić szybko. Szarość posłodzona lepkim ciepłem. Nic nie smakuje na zimnie. Nawet szczęście.

Ogród jest biały. Brama od podwórza…

I wtedy, gdy szarpał się w lodowatej wodzie, gdy trzymałem go pod masywnym kłębem, usiłując wyciągnąć, widziałem w jego psich oczach miłość i strach, i tę głupią wiarę, że to nie pod jego łapami załamał się niespodziewanie lód. Nie pod jego łapami. Że to się nie dzieje. Uwolniony, odratowany, biegł przed siebie, na oślep. Radość odebrała mu rozum.

Rany na bokach dłoni; od wody zmieszanej z wapnem. Naciągnięte rękawy swetra ogrzewają piekący ból.

Nogi obute w trampki niecierpliwie wystukują rytm. Idźcie, ofiara spełniona. Na zewnątrz jest zimniej, ale przynajmniej co chwila zapala się zielone światło.

Dwie postacie w oknie patrzącym w równinę. Tam zaczyna się biel.

Uderz płasko, szybko, celuj w łyżwę. On się wtedy przewróci. Autobusy wyjeżdżają na bis; zdążymy. Pamiętaj: płasko. Pamiętaj: on się wtedy przewróci!

Drzewo płakało pod ciosami. Oczyścić pień ze śniegu. Zanim zaciągnie się łańcuch. Na trzy! Ciała opadają w śnieg. Oprawców i ofiar. Kora ma słodki smak. Ale to nie sok, tylko krew z rozbitej wargi.

Papieros spala się wewnątrz, a bibułka nietknięta! Przecież to niemożliwe. Wiesz, ile tam jest stopni? Tysiąc? Więc jak to nietknięta... Wiem. A jednak.

Ze zmrożonej ziemi wystają jeszcze lonty. Jak z jakiegoś gigantycznego ładunku. Wystarczy podpalić. Ale nikt nie podpala. Palce w narciarkach bolą od kopnięć. Kieszenie pełne lontów. Wybuchają obłoki.

*

Biały jest twój ogród. Brama od podwórza
na straży zgubionej tkwi od wczoraj drogi.
Orzech suchy wolno z śniegów się wynurza:
pasterz z zapomnianej już dawno eklogi.

Teraz jeszcze sanna. Odejść od kominka,
spalić resztę listów, wyprząc myśli z cugli.
Życzy pani kawy? Dym w miejscu przecinka
podkreśla urok zdania i czar popołudni.

Drgnęły u sań dzwonki. Spłoszone gawrony
zastygły na sekundę w obiektywie oka.
Mróz wysuszał usta, nieco zawstydzony,
że obłapia panny. Dać wódkę czy tokaj?

Wspomnienie? Szaleństwo? Śledząc kadr po kadrze,
znajdziesz siebie samą pogrążoną w bieli.
Pan porucznik… Byłże? Śnieg obrazy zatrze
i skryje odpowiedź: Pagib na dueli…

*

A tam już stoi stary kolejowy wóz i można wejść, usiąść i na grube skarpety wciągnąć grube relaxy, i za chwilę będzie ciepło, i znów można będzie iść, czerwień rozlewa się nad wzgórzami, noc rozgarnie za chwilę żar lasu, a potem świat zapadnie się wraz z nami, naszym świszczącym oddechem i hibernowanymi słowami sprzed stu, dwustu, trzystu lat.

Czy wiesz, że śniłeś mi się na biało? To dobry sen? Tak. W bieli. A teraz? Nie. Widzę normalnie. Dobrze. Jutro zadzwonię, żeby cię obudzić.

Więc wziął te swoje gumofilce i poutykał gazetami, a potem poszedł wzdłuż strumienia, choć tam nie było gdzie iść, i zniknął na tydzień, bo co jak co, ale zniknąć akurat było gdzie, ale nikt go nie szukał, a nawet pewnie nikt o nim nie myślał, a on nie myślał o niczym i o nikim, na pewno już nie o sobie, bo nie dla siebie przecież szedł, miejscami na czworakach, po śniegu tak głębokim, że przenikał go całego, wciągał w swoje białe wnętrzności, trawił i wyrzucał w lodowatą wodę, która mieszała się z jego potem i stawała jego krwią. Chyba nic nie jadł, przez ten cały czas nic nie jadł, nic prócz śniegu, ale wrócił, bo nawet ucieczka się kończy, ta biel go jednak nie przyjęła, wypluła, przegryzionego, zgarbionego, dawno to było, a jakby dziś, ale dziś nie ma już takich zim. Więc dawno.

Gruby gawron, szwabski kucharz, kąpie się w dymie. Co dorzucą do pieców, spada w śnieg, lżejsze. On nie chce tego docenić. Jego pióra lśnią. Bije dziobem w niebo.

Miało być czysto, a nie jest, tylko chlapa, nawet w sadzie źle, przy drodze Matka Boska zarzuca niebieski płaszcz na gipsowe ramiona, boimy się, że będzie jej zimno, jak wszystkim prawdziwym emigrantom.

Niech będzie pochwalona zła zima, choć auto nie pali, niech będzie pochwalona, ale za to grzbietem wzgórza idą droby, zataczają się, a mimo to idą dostojnie, ze śmiercią białą pod rękę, zejdą, zmacają nogą asfalt, odjadą. Gorzej, gdy deszcz.

Zając... Skok, odbicie i znów! Skok! Zanim dopadną go psy... Z siatki opada śnieg – za każdym razem, gdy ciepłe życie obite strachem jak futrem, uderza w drucianą pułapkę. Zanim dopadną go psy...

Plątaniną korytarzy, klatek schodowych i piwnic; z kotłowni bije zapach miału, spalenizny i starych sienników. Teraz w bok, a przez prostokątne okienko zleżały śnieg dopada nas stąpających po chropawym betonie. W komórce trzymają pomarańcze, których my nie widzimy. Dom dziecka, dwór dziecka, świat dziecka. Ale nikogo tu nie ma.

Tak jest lepiej; nie przyjmować tego wszystkiego, co się wydarzyło, żyć w wiecznym udawaniu. Herbaciany pokój syci się chłodem. Jeszcze jeżdżą pociągi. Jeden Piter potrafi tak gwizdać jak lokomotywa, ale dziś pewnie się tego wstydzi. Wstydzi się tego, co robił najlepiej na świecie. Nie on jeden.

Uschnięty orzech wywalcza sobie miejsce w białym pobojowisku. Wynurza się jak ogromna postać. Samotna. Symbol wiecznej pojedynczości.  

Sople wspierają mdlejące domy. Niektórzy z tych drewnianych starców zawracają ku śnieżycy, ku wojnie – tamtej, jeszcze innej, wcześniejszej i dawniejszej –  i idą o lodowych laskach w stronę dworców, kościołów, dworów. Przez mróz. Powtórzyć rytuał. Procesja zbliża się do lasu, zawraca, zrobi jeszcze jedno okrążenie i domy wrócą na swoje miejsce.

Niesyta jest biel! Zabiera ciepły kolor drzewa na schodach, wypala kawał strychu. Ale nie jest barwą nienawiści!

Ponoć tam idą podziemne tunele het za park! Wejdź tam, przez oblodzone okno, jeśli masz odwagę! Masz mało czasu, dzień jest krótki. Wielka tajemnica. Tu biel, tam czerń. Jeśli masz odwagę!

Nie mam jej aż tyle. Wcieram śnieg w twarz. Jest zlodowaciały i przejął zapach gnijącej trawy. Spodnie zupełnie przemokły na kolanach. Ale klęcząc, mogę dotknąć rękami słońca. Parzy. Znowu mam poranione dłonie. Choć pociągi nie jeżdżą tu od lat, wyraźnie słyszę jęk lokomotywy. Słońce wylewa mi na odsłonięty kark ledwo wyczuwalną strużkę światła.


*

Dzień zaokrąglony przez słońce
i pewność nadejścia
wieczoru. Nic
nie trwało tak długo. Przyjrzyj się
mojej twarzy. Przyjrzyj się twarzy
liścia. Śnieg, który się śnił,
nie stopniał. Przyjrzyj się sobie
schowanemu pod śniegiem.

*

Trudno było przebijać się przez
te wszystkie zaspy. Zupełnie jak
w jakiejś Glodeanu-Silistea. Biel sięgała
ud. Potem brzuchów i piersi. Zarastała oczy. W skrzypie
starej łopaty chowały się wszystkie postradane
siły, jak w skowycie psa. Opowieści
topiły się w ustach niby śnieg. Więc
milczeliśmy. Tak było wygodniej, choć
wcale nie cieplej. Obszarpany w połowie
przez kopną pustkę fosy
leżał na boku siwy galloper. Z otworzonego
boku parowała senna
muzyka. Delikatny prolog, w końcu
nic takiego się nie stało. Potem
basetla. Za chwilę nadjechał
ciągnik. Chłopy! ­krzyknął ten, który
jechał na podnośniku, z tyłu, na ugiętych
nogach. Zapinać!
Zapinać. Odjazd.

W końcu nic takiego się nie stało. 






 

poniedziałek, 3 listopada 2025

*** (Gdy moim ciałem…)


Gdy moim ciałem wstrząsał szloch


Gdy brała je w posiadanie myśl o rozkoszy, lecz nie sama


rozkosz Gdy piękno wypalało mi wzrok i ratunek był w tym co przyziemne


Gdy byłem dniem i godziną, a potem czerpałem z nicości


Gdy jadłem, piłem, oddychałem dawną, tamtą mową


Gdy stałem bosy, a ziemia była zimna jak srebro


Gdy wynosiłem kosze pełne buteleczek po amerykańskiej aspirynie


Gdy byłem witrażem i przechodziła przeze mnie zielona światłość


dnia Gdy pragnąłem, byłem pojony i znowu pragnąłem


W grzechu, w stanie łaski, w końcu, na początku


W którym królestwie żyłem najpełniej?


W którym oddechu? 









 

poniedziałek, 27 października 2025

Stare domy

 
Stoją twarzą w twarz, przedzielone
jedynie drogą,
pogrążone w ciemności
jak w nieprzerwanej trudnej rozmowie.

Drzwi zamknięte
jak księgi wieczyste.

I okna zatrzaśnięte
na świat.

Sznur domów, mrok,
dalekie światła autostrady.

Domy tworzą bramę.
Ta czarna smuga między nimi:
droga i przepaść.






wtorek, 7 października 2025

*** (Zobaczysz mgłę i wodę…)

 
Zobaczysz mgłę i wodę, i niewiele więcej.
Całą resztę wyobraź tu sobie naprędce:
zarys budowli, portyk, kształt czaszki przechodnia,
nawet siebie samego w allenowskich spodniach.

Kiedy już się to stanie, nie pytaj, dlaczego
pozbawiony widoków przegrałeś w przedbiegach:
ta, gdzie twój los spisany, spienionych fal księga
szeleści szaro w dole i stóp twoich sięga.

Neon trwa podwojony; wejście do hotelu
z wnętrzem, co jest odbiciem pustki w twym portfelu:
bez spojrzeń, kufrów, waliz, fedor z szerszym rondem –
tego, co choć niestałe, wciąż zwą stałym lądem.

Wody słodkie ni słone myśli nie wypiorą.
Idziesz więc, kopiąc pustą paczkę po marlboro
wzdłuż kanału. I miły, póki się nie sprzykrzy,
jest fakt ten, że dla kropel jesteś jedną z rykszy.

Cienie drzew tuż przy wodzie kołyszą się sennie;
cień nim zdąży rozkwitnąć, skuli się i zemnie.
Barka płynąca w górę węglem brzeg zakreśli,
tnąc gwasz mgły na granicy czarnych wód i pleśni.

Milczysz po to, by patrzeć. Stawiasz kołnierz płaszcza.
Pamięć dat się wyrzeka, lecz widok zawłaszcza.
Widzisz w dole nurt ciemny: rytm bijący w skronie –
aktor, który swą kwestię wygłasza na stronie.







piątek, 19 września 2025

Tu, gdzie cienisty ogród

 
Tu, gdzie cienisty ogród z łodzią białą
wplecioną w zieleń stawu płyną w mrok bezsennie.
Tu lub krok dalej w ten wiek. W łodzi białej
ciężar wieczoru. Nam czekać aż sen nie
przyjdzie i zalśni jawa barwiona na biało.

W niej zamknięty jest świat. Tę gromką jasność
zbierają oko i ręka, przyszłość albowiem,
jakby nigdy nic, nie jest sprawą jasną.
Choć wielokropkiem jest się w cudzysłowie,
co do pewnych wydarzeń należy mieć jasność.

Ogród przeszywa ptaka krzyk, a potem
znowu biel łodzi niby niepokój zakwita.
Kładąc na wadze „teraz – tu”, „tam – potem”,
gdy czas w sekundzie żegna się i wita,
cienisty ogród raju blask chowa na potem.  







wtorek, 12 sierpnia 2025

Całkiem możliwe


Całkiem możliwe,
że znakomita część
naszych kłopotów
z niedopowiedzeniem świata
poczęta jest z nieumiejętności
modlenia się.

Uznaliśmy swoją potęgę.
Ukryliśmy nędzę.
Jakże teraz pokłonić się?
Jak klęknąć?

Wystarczy,
że oddajemy hołd
połyskliwości pozorów,
mamiącym błyskotkom dni.

I tyle myśli
skaczących po wyspach archipelagu
niby gazela
z piany oceanów.

Nasz język
wyrażać chce to, co przyziemne.
Naszym marzeniem
jest błoga zwierzęca niedoskonałość
głęboka jak sen wzgórza.

Nazbyt dokucza nam
przeszłość i teraźniejszość.

Dłonie
zanurzone w rwącej rzece
nie obejmują niczego.

Całkiem możliwe,
że nie wiemy,
w jaki sposób mówić.

Abba Agaton
mozolnie wznosił dzieło
najtrudniejsze ze wszystkich.

Był to dom z okruchów piasku
rozbijany przez wrogi wiatr.

Powtarza pustynia:
Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego,
zmiłuj się nade mną, grzesznikiem
.

I czasy przeszły,
przyszły, teraźniejszy
milkną zawstydzone.  







piątek, 25 lipca 2025

Wzdłuż granic

 
Na kamieńcu koń pochyla się
i pije. Wyżej, gdzie woda spiętrzona,
ktoś – kobieta? mężczyzna? – wypływa
na środek rzeki, obraca się na plecy,
odchyla głowę. Ważki jak na rysunku dziecka
wolno opadają na kamienie. Nie starczy ich cieni
dla nagłej, porywczej bieli.
Komunikaty przestrzegają przed burzą,
ale niebo nadal jest pogodne. Zrujnowany hotel
czeka zmierzchu, by przyjąć wspomnienia.
Za dnia omija go nawet rzeka. Tylko nocą
oleista czerń gości wśród odrapanych ścian.
Wystarczyło na chwilę przymknąć oczy,
by kąpiąca się postać dotarła do brzegu
i zniknęła. Parskanie konia oddala się
wzdłuż granic nerwowego, letniego snu.
Grzechot kopyt na kamieńcu. Tu i tam,
gdzie woda jest spiętrzona, by można było pływać.






wtorek, 15 lipca 2025

Nie miejcie żalu

 
Nie miejcie żalu, gdy daliście prawo,
śniąc sen o pałce i podkutym bucie.
Skąd teraz tęsknot dawnych żałobne ukłucie?
Nie miejcie żalu, bo daliście prawo.

Niech smutku nie odczuwa ten, który zgodzony.
Pogardą wasze podbite spojrzenia
nie chciały widzieć, jak śmiech w strach się zmienia.
Niech smutku nie odczuwa ten, który zgodzony.

Sam sobie winien, który głowę schylił.
Prawdę nazwawszy przestarzałym mitem,
swój w kłamstwie udział zwaliście zaszczytem.
Sam sobie winien, który głowę schylił.

Na nic dziś tęsknot dawnych żałobne ukłucie.
But już podkuty, pałka w sprawnej dłoni.
Gdy raz upadłeś, już będziesz się kłonił.
Na nic dziś tęsknot dawnych żałobne ukłucie.








poniedziałek, 23 czerwca 2025

Tálanton

 
Otrzymywałem, jak ktoś,
komu darowana jest
druga i kolejna szansa.

Ale nie myślałem o tym,
a przynajmniej nie w taki sposób.

Mijały dni bezmyślne, ciemne.

Te wszystkie nazwy kruszców,
bywało, trudne do spamiętania.
Przymioty najwyższej próby,
cnoty zakrywające moje ubóstwo.

Ukrywane
w lęku przed ich doskonałością.

Czasem ręce, przyznaję,
miałem zdrapane do krwi
od przerzucania
ostrych gruzeł
lub rozbitych cegieł,
byle nie widzieć.

Ale to rzadko.
Częściej było inaczej.

Koparka zagłębiała lemiesz
i zasypywała skarb,
do którego trafić nie sposób,
bo dookolne
stawało się pustynią.

Patrzyłem, ja i wielu, bezradny.
Bo i co miałem zrobić?

Witki, którymi znaczyłem miejsca,
usychały każdego wieczora.

A co zrobić,
gdy przyjdzie
zdać rachunek?

Co powiedzieć? Jak wytłumaczyć?
Jakim usprawiedliwić się krzykiem?
Na jakiej oprzeć się
lasce zawstydzonego milczenia? 







środa, 11 czerwca 2025

Wieczory II

 
Rozmaitość wieczorów; każdy niepodobny
do byłych i tych przyszłych, nowy i osobny

I osobnej wart pieśni, i w innym języku,
który ludzi i duchów uwagę by przykuł

Który wybrzmiałby z mocą i w pełni po latach,
języku bliskim sobie, dalekim od świata

Wieczory rozmaite! Wprzęgnięte w zimowy
bieg sań gdzieś w górze rzeki lub w letnie połowy

z pokładu smolnej tratwy. Wieczory jesienią,
które swą moc straciwszy, niczego nie zmienią

poza liści kolorem, światłem chropowatym
i wyblakłym jak zdjęcie. Wieczory na straty

spisywane zbyt letnim piórem i bez racji,
wieczory z gór schodzące od wschodniej Słowacji

Wieczory, które zbiegły na „módl się i pracuj”,
wieczory przydymione gdzieś w skrzyńskim pałacu

Słońce dłużej i dłużej za biel brzóz się chowa
i z kocich łbów swych wróży chwiejna Kolejowa

I nigdy się te wróżby sprawdzić jej nie miały
wśród wzgórz, gdzie z manlicherów jeszcze słychać strzały

Wolno słońce zachodzi, niegasnąca rana…
Błyska w rzece wieczornej szczupak, pstrąg i brzana

I kominów dalekie kołyszą się światła,
i niknie w nurcie nocy smołowana tratwa 







czwartek, 15 maja 2025

Oracze

 
To, co schowane,
przyszło im odkrywać.

Podnosić tłustą ziemię,
krzesać iskry o wilgotne głazy.

Ale to przypadek,
że orzą ziemię, nie niebo.
Tego samego słońca
szukają bowiem,
zgarbieni.

Wykopane złoto
wcierają w skórę.

Noc ich ku domom prowadzi;
właśnie rodzą się ci,
co patrzą na nich
z nadzieją. 







wtorek, 6 maja 2025

Rozjechali się, rozeszli

 
Rozjechali się, rozeszli:
na Śląsk, do niskich domków
nad jeziorem Michigan.

W kraciastych koszulach,
w niedzielę pod krawatem,
pachnący łąką,
w ubogich sutannach.

Łowią ryby, modlą się nad nimi,
wypuszczają z rąk.

Każdy jest nawiedzony: w słuchawkach
przedwojennych telefonów
słyszą głosy.

Całują się, kaleczą
o szorstkie policzki jak o słowa.
Obrzucają kolorowymi pocztówkami,
by nie było gorzko.

Nic ich nie zatrzyma
na drodze do wieczności. 







czwartek, 17 kwietnia 2025

Szczęśliwi, syci

 
Zapewniono nam szczęśliwe trwanie i wieczystą miłość,
prawo, odpoczynek po smutku albo ciężkiej pracy na roli,
w fabryce pachnącej lnem, sierścią; nie można wiele mówić, gdy jest się
wyznawcą zmęczenia.

Milczymy, patrząc bezmyślnie na stare mury, ściany
spichrzy i kościołów. Odczuwamy przyjemność ciała i tyle
nam wystarcza. Nie należy chcieć wiele, oto pierwszy warunek
poczciwego żywota.

Teraz oni, nasi sprawiedliwi i dobrzy sędziowie,
mówią w naszym imieniu i naszym głosem, a jednak
mówią w martwym języku. Lecz my jesteśmy wiecznie
młodzi i spokojni. Za doprawdy niewielką cenę

uzyskaliśmy dostęp do świata, do którego nie mieli
dostępu nasi ojcowie z sadzą wtartą w poranione ręce.
Teraz jesteśmy od nich lepsi, lepsi od siebie samych
z ubiegłego wieku obsianego ziarnem popiołu.

Przystrojeni w wielobarwne kokardy, szczęśliwi i syci,
zanurzamy wypielęgnowane dłonie w wodzie; jest ona jak płynne złoto.
To złoto układa nam się w gardle, to złoto bulgoce w żołądkach.
Nasze szklane spojrzenia chwalą blaskiem dotknięcie ciemności.

Teraz możemy znieść wiele, nie czujemy bólu ani upokorzeń;
w końcu co jest złego w uczciwym, solidnym akcie przytakiwania.
Nasze wykwalifikowane umysły chętnie pozbyły się pytań,
przemierzamy z uśmiechem gorącą pustynię wstydu.

Pozbywszy się ze wzgardą religii ojców, nasyciliśmy się nową;
w pędy snów wbiliśmy oszczepy – oto bezkrwawe zwycięstwo.
Nasi dobrotliwi sędziowie pilnują teraz obrządków,
stoją na straży chybotliwych fresków nowego rytuału.

Od czasu do czasu ktoś się wybudza, powraca z naszego raju,
mówi, że nasi aniołowie wcale nie mają skrzydeł, świętym brak aureoli,
ale kto by tam wierzył, kto by wierzył
w te pełne zawiści pomówienia szaleńców.

W oczach powracających odbija się ognisty miecz,
więc być może zostali wygnani, być może zostali osądzeni.
Wypędzamy ich z naszego kręgu, naznaczamy,
zamykamy swe uszy jak klatki. Sędziowie gładzą nas po policzkach.

Nasi ojcowie z sadzą na zniszczonych dłoniach
patrzą na nas, powiększonych o układną wskazówkę cienia.
Nasi dobrzy sędziowie skazują ich po raz kolejny
na brak nadziei, na rozpacz, na patrzenie na swoje dzieci.
 







piątek, 11 kwietnia 2025

Opowieści zimowe. Czwarta strona notesu

 
Słońce tu inne; każdą bowiem z bardziej powabnych sylwetek
powieloną w szkle wystaw oświetla chętniej, by chwilę
później przeskoczyć na smukłe palce, co tę ma zaletę,
że nie rani cię w sposób żaden bladych promieni wysiłek.

Piwo nie smakuje dobrze. Więc kawa. Plus wodnista brandy,
w której słońce, tonąc, zostawia resztki słodyczy zaciśnięte na dnie.
Biały ścieg łączy niskie fale; nici niewidocznie przędą
dłonie kute w kamieniach. I naciąg dnia słabnie.

Łódź, za słoną opłatą, wiezie cię teraz samym skrajem
czerni; szmer motoru rozlany oleistą plamą
podchodzi godzina po godzinie pod pałac Rady i nadaje
stosowne metrum trwającym w półmroku obradom.

Możesz, śpiąc, chodzić dalej. Twarz na zimnym murze
zostawia kontur, który się zamaże nim go schwycą oczy
płynących wysp pełnych błękitnych ogni i ludzi, którzy
tańczą, gdy wycisza się księżyc i blask nie skowyczy.

Nad martwą wodą wiek marynarki fellini poznają po prążkach
jak po słojach drzewa kelnerzy wśród cichego skrzypu
skórzanych podeszew. Brud nieba mewa z piór wytrząsa
i okno zamyka się jak zwykle na granicach bytu.




Wiosna. Epilog, ostatnia strona notesu

Ekran telefonu ożywa, karmiony cichymi słowami,
i drga w nim niebieski świetlik niby hibernowany Endymion
prężący dumnie tatuaż – mapę. Podczas gdy ty na pamięć
odczytujesz dotykiem litery jej imion. 







czwartek, 10 kwietnia 2025

Opowieści zimowe. Trzecia strona notesu


W prostokącie szklanego wycinka świata zanurza się głowa
ze stemplem dłoni; niewiele ponad to się tutaj chce zdarzyć i zdarza.
Lecz w dole – już tak. Obcasy stukają o deski mostu miarowo.
Pachnie kadzidło i mirra w złocie reflektorów przy odległych garażach.

Piramida z zepchniętych w zaułek puszek po piwie zatrzymuje na kilka
sekund wzrok: oto pomnik, który ludzkość wznosi
jednostkowym pragnieniom, zawsze zresztą im więcej niż przychylna.
Świat się wprawdzie zapętla, lecz wokół własnej osi.

Łamie się żółć pływających świateł i w tej samej chwili gęstnieje
przestrzeń między alfą a omegą, wiedzy o czym nieskory
nie wyniósł z geometrii uczeń, i teraz w ściśnięte istnienie
wpatrzony odczuwa lęk i duszność, dwie swego gmachu przypory.

Tłuką się dusze dzwonów w jednym ciele nocy; wyspę
w lewym rogu obrazu opuszcza łódź, którą przechyla śmiech oraz wyznań
żar tak wielki, że tli się czarny węgiel wody wokół; wszystko
inne natomiast dogasa. Chłód obsadza przystań.

Nierozważny ruch: herbata spływa ku brzegom stołu. Przedramię
ratować chce niesione osady pamięci; fotografia –
pełna kancer nadzieja pożółkłych twarzy – wilgnie; kraniec
to jedyna rzecz, która bez wątpienia zawsze się przytrafia.
 







środa, 9 kwietnia 2025

Opowieści zimowe. Druga strona notesu

 
Podniesiony na duchu, na pół złożysz kartę i schowasz
w kieszeni marynarki, czując wszelako, że ciału
bliższe są te, co farbują płótno koszuli, zapomniane słowa:
trzepot skrzydeł ptaków w przystopiach świętego Michała.

Teraz na polarową bluzę narzucony płaszcz czarny świetnie wtapia
cię w tłum takich samych jak ty milczących pielgrzymów i gdyby
zdobyć gdzieś dla ciebie kapelusz trójgraniasty, inaczej smakowałaby grappa
i nie czułbyś się u wód tak obco i nieśmiało jak wychudzony przybysz.

Twoje oko z mostu wyławia mały trójkątny żagielek i przez chwilę
czujesz, jakbyś wbijał skorupę orzecha na szpilce w słomkową jasną matę.
Rękami wygładzasz kamień, po którym za moment pobiegnie słoneczny rylec,
nawijający na siebie od zawsze wątłą nić utraty.

22 grudnia. Pod wieczór. Radio nadaje melodię tak delikatną, że najchętniej
z troski o nią nie słuchałbyś niczego poza pluskiem i głosem syren,
które śpiewają hymn na cześć reumatyzmu. A w dole nieprzerwanie tętni
podziemna masa: miasta krew zmieszana z błotem kosmogonicznym wirem.

Gdy dłonie trzesz pumeksem w łazience o wymiarach modelki,
by pozbawić opuszki linii demarkacji, wtedy właśnie
świat ginie i ponownie rodzi się w światłach podartych na strzępy
drobnych fal. Przyjmijmy – metafory niegojących się zadraśnięć. 








Opowieści zimowe. Notes


W połowie listopada. Gdy w czarno-złotych hotelach kwaterują pustkę,
a studnia podwórza do Hadesu prowadziłaby niechybnie,
gdyby nie brak Kore (choć na zdjęciach ślad tli się wciąż po jej ustach)
i to, że pewnej sprawności trzeba, by ześlizgnąć się w tamte rewiry po rynnie.

Poza tym zamknięte okna, a wbity gwóźdź niweczy wszelkie próby
strugania bohatera; miast rzeźby tylko para – jej opowieść
otacza punkt na szybie ciepłem chwilowej ułudy,
lecz jest oznaką życia, czego za wszelką cenę należało dowieść.

Jeśli zdążysz, na niknącej możesz wypisać powierzchni
swoje grzechy, zasługi albo zestaw imion,
które przyjmowałeś na wielu chrztach, i niepotrzebne skreślić
jak nazwę wymarłego miasta na mapie zimy drżącą linią.

Grudzień. Dni pierwsze. Ten, kto tu mieszkał wcześniej,
miły człowiek, zostawił (nie znając cię wszak, bez wątpienia)
na dnie szuflady kartkę z kalendarza, gdzie miejscowy cukiernik zamieścił
swe słodkie obietnice: dzisiejsze gwarancje zbawienia.

Wieje od zatoki i zielony płyn wsiąka po goleniu w skórę
niby w język baśnie; skomlą uporczywie w jednej
tonacji łodzie i myśli wciśnięte w nawilgłą tekturę
aż czerń głęboka głos i wzrok jednako zemnie.

W drzwiach cień zaś twój zostaje. Niezgaszona lampka
będzie go żywić czas jakiś, dopóki żarówki pierś mleczna
nie odda całego światła i zazgrzyta klucz w zamku,
jakby tam się spotkały przestrzenie: doczesna i wieczna. 







poniedziałek, 31 marca 2025

Garncarz i wróble

 
Garncarz, z poczucia obowiązku albo nudy, stopą
wprowadzał koło w obrót i niejako przy tym
stwarzał metrum planety nowej, która oto
zagęścić miała kosmos jeszcze jednym bytem.
Dzban, wyłaniając się wolno spod błotnej przykrywy
jak szyb z rdzy zdjęcia, czekał, aż go czas napełni
lub zamieni w skorupy. Kogóż może dziwić
ten los? Rzecz zwyczajna wśród rzeczy śmiertelnych. 

Stygnie szary żar ciszy. Próżnię, co czekała
na chłód wody, oliwny blask, gorączkę wina,
wiatr zmieni w inną pustkę rozpiętą na skałach
obłoków, gdzie nieznane „Tam” się wciąż poczyna
na nowo. Kształcie wydarty powietrzu! Tej walki
znając wynik, dotyk składa homagium nieszczere
zegarom i z uporem rzeźbi twarz westalki
niknącą w lustrze ognia. Drżą dłonie w popiele.

Trzymam w rękach skorupy, o skorupach piszę;
letnia burza rozbite chmury czernią smaga.
Woda cieknie przez palce. Na skorupie przysiadł
jeden z wróbli – ruchliwa nad dzbanem przewaga.






czwartek, 13 marca 2025

Agenor odwiedza miejsce, gdzie zbierają się przegrani

 
„Nie dziw się wcale, że takie istnieją.
Doprawdy, mapy tych miejsc nie ogranicza
żaden przyziemny umysł kartografa.
Nie dalej jak dni temu cztery
nasz nieoceniony Agenor
zaszedł w jedno z nich, już po
zmroku. Zbłądził, jak wielu,
lecz jaki pożytek! Opowiadał
mi później o bladości twarzy:
– Chorobliwe, lecz przez to
tak uderzające! Znam go dobrze, siedział
pewnie nad szklanką do rana. Patrzył. Pojmujesz?
Popiół wędrował swobodnie ceratą,
na której jakaś maszyna wybiła
wzór labiryntu; białe lśniły morwy
elektryki. I nagle – jak sam przedstawia –
poczuł tę wesołość. Na równi
z tymi, na których się natknął
wieczorem. Zupełnie jakby zaraził się żalem
do siebie, świata i czego tam jeszcze,
który nie płacz już wzbudza, ale śmiech,
tak jest dotkliwy.
Poczuł, jak krew zatruta odpływa od palców.
Wtedy to właśnie, jak sam się
przede mną przyznał,
uznał szaleństwo jedynym lekarstwem,
ujrzawszy je. Uczynić coś, co będzie szalone!
Wróci tam pewnie i znów będzie siedział,
idę o zakład, i zdejmował miarę. Może i dziś wieczór
na to dziwaczne pójdzie zgromadzenie,
by patrzeć, milczeć; albo właśnie mówić
o marności. Potem
zda nam sprawę, czekajmy”.

Mija lata południe, nic się nie wydarza,
ten sam ścieka gwar z okien, szorstka zieleń jabłek,
kurz w płaszcza błyszczy skalistych zatokach.
Agenor ni nas, ni tamtych nie odwiedza. Przepadł,
wyjechał. Zawodu poczuliśmy gorycz,
zimny, bezwzględny dotyk zwyczajności,
całkiem jak wtedy, gdy ptaka dziób dziurawi
niebo tak beztrosko jakby nakłuwał śliwkę. 







Kamienie


Rosną kamienie w ogrodzie mym.
Wyczuwam je pod stopą.
Kamienie słońca. Świtu. Kamienie mgły.
Kamienie smutku i mroku.
Kiełkują kamienie ze świątyń,
z luster, mostów, z rzek ciemnych.
Kamienie z nieznanych lądów.
Z fraszki, z pieśni, z legendy.
Wzrastają ciche. Zimne.
Gęste z tęsknoty za chlebem.
Rosną w ogrodzie. Rosną przy mnie.
Kamienie z moich żeber.





 

poniedziałek, 10 marca 2025

W Europie pod wieczór

 
Nie ja jeden odłożę filiżankę i spakuję wszystkie walizki.
Zajmie to trochę czasu, ale wcześniej czy później będzie już po wszystkim.
Zepnę paskiem z cordury skórę krokodyla, co żywot dość krótki
wiódł w jakimś florydzkim bagnie; nie lubię krokodyli!
Spakuję nowoczesnych tomików pęk, z obwolutą, bym autorów nie mylił,
bowiem poezja jest źródłem – także pomyłek bogatych w skutki.

Co zabrać jeszcze spośród olch i ścieżek tnących chropowatość pejzażu…
Cokolwiek to będzie – trzeba działać dyskretnie, by nikt nie zauważył.
Zresztą – mało oryginalne to wszystko: pomysł, ten cały pakunek,
coś jakby „kilka sztuk bielizny, telefon, potrzebny
adres”, ot, kompozycja pisana na jedyną strunę,
która wydaje dźwięk niezbędny, lecz – z musu – dość zgrzebny.

Wszystko jedno – autobus do Memphis srebrny czy pociąg podmiejski,
konieczność zawsze wygrywa z widmem przypuszczalnej klęski.
I tak, kolebiąc się w jakimś środku lokomocji,
przybędę Tam lub Gdzie Indziej, na jakiś obcy kontynent.
Nie będą warczały bębny, żaden Regiment Szkocki
nie stanie na baczność ni bagnet nie zalśni jak ukłucie zimy.

Po cóż ta podróż? Sakwojaż, zestaw koców w kratę?
Na co wysiłek mięśni, gdy lepiej w zgodzie z władzami powiatu
klaskać urzędnikom, trzymać kurs na ospałość, zsuwanie powolne
w nicość… Patrzeć, jak wymazywane jest to, co tak drogie:
dyskobol zastygły, martwy, człowiek w kole i Człowiek
na krzyżu, który wskazał, co znaczy prawdziwie być wolnym. 








czwartek, 20 lutego 2025

Pejzaż z kosturem

 
Oczywiste rekwizyty:
cyna stopiona z kubków,
z których wino
niegdyś barwiło czerwienią obrusy.
Pękatość dzbanów,
fałdy rzuconej szaty
i bruzdy cieni,
ostre krawędzie skorup.

A jeszcze okno, które, gdy otwarte,
było drugim obrazem
pełnym zbyt pośpiesznych
pociągnięć pędzlem.

Rude plamki krów na pastwisku
pod lasem jak ślady krwi, postać
z kosturem. Daleki
wiatrak i most
ponad szumem wody.

Co widzieliśmy i czym to było?
Albo czym nam się zdawało, że było.
Bezradnie błądziły
dotyk i wzrok.

I w czym braliśmy udział,
sami podpatrywani,
odprowadzani spojrzeniem.

Utykający pod jego ciężarem,
wsparci na kosturze. 







czwartek, 6 lutego 2025

Zimą. Sen



Zdradna grudniowa zima swe wyprawia harce.
Ludzie i cienie ludzi tłoczą się na arce.

A arka z lodu kuta. Z grubej kry ciosana.
A arka jak wśród lasów spiętrzonych polana.

Wyzbyci wspomnień żywych, w wojłok powtulani,
Ludzie patrzą przyszłości nad mroźnymi dniami.

Kiedy przyjdzie? Lub przyszła i właśnie się dzieje?
Sunie statek milczący przez ciemne zawieje.

Zima na wszystkich rzeczach twardą pieczęć kładzie:
Cień rzucony pod nogi na śliskim pokładzie.

Słowa gwałtem ciśnięte do zimnego kotła,
By wystygły znaczenia, niema zima zmiotła.

Gdy do ognia zimnego wiązki słów wrzucali,
Ci obok w głos się śmiali, ci byli nieśmiali.

Teraz ponad dniem mroźnym wypatrują łaski,
Palcem zmarzłym rysując na dłoni obrazki

Map, co inne wieczorem, a odmienne rano.
Gną się czarne gałęzie nad białą polaną.

Dzień kołysze się wolno i za brzegiem znika,
I księżyca twarz skrywa ciężkich chmur podwika.

Sunie statek milczący przez zawieje ciemne,
A jakby w tobie płynął. Jakby płynął we mnie. 








 

środa, 5 lutego 2025

Wycieczka do muzeum

 
Wyruszyliśmy spod szkoły chyba nawet przed czasem
do muzeum w sąsiednim mieście: niedużym przedmiocie
czułych westchnień wojewodów od siedemdziesiątego
piątego. Nasz bus, istny przegląd promocji na szrocie,
toczył się z wdziękiem typa z przedmieść czy coś koło tego.
W każdym razie dało się zauważyć tę szemraną klasę.

Ktoś wyciągnął jajka w skorupkach, ktoś inny domowy
napój w butelce po „Bałtyku” – spowita w „Trybunę”
szyjka wyzierała z torby, podzielając ciekawość
właściciela, wpatrzonego w wiązkę gór, rzekę, łunę
nad fabryką w zostawianej już dali i na prawo
porzuconą tam rdzewiejącą cysternę – innymi słowy

klasyczny pejzaż, ów nieodłączny towarzysz naszych
tamtych dni; a zatem nie tyle same te widoki
przyciągały, ale ich stała, nieznana nam zmienność,
niepokojący ruch, dzianie się – to mogło być szokiem
dla oczu nawykłych do statyki pionu, za jedno
mających wzniosłą pieśń, erekcję i metalowe pnie maszyn.

„To grot znaleziony w łożysku rzeki, kiedy pękał
lód. Oścień wyrzuciła powódź; spójrzcie bliżej: oto
kości bydlęcia padłego pod pożółkłym kłem wilczym,
odcisk łap w czarnej bryle… Ich drugie życie; istotą
pierwszego było dziś i tu, aż nadeszło jutro, w czym
utwierdza nas ekspozycja. Czy są pytania?” W górze ręka

tego od jajek. Zwilżył wargi. „Czy nas także będą
oglądać kiedyś tutaj tacy jak my, lecz późniejsi,
oprowadzani przez panią?”. Śmialiśmy się przez całą
powrotną drogę do domu aż do łez. Teraźniejszy
czas bywa okrutny, stąd pewnie ta bezmyślna śmiałość,
która właściwa jest na wpół uschłym oraz najmłodszym pędom. 







czwartek, 23 stycznia 2025

Pamięć, powiedział

 
„Niewiele pamiętam. Brak sił. A więc starość?

Życie uciekło pośród klawiatury,
wietrznych bram, pomyłek, niedomkniętych sieni,
czerwieni cegły, co zawsze przegrywa
walkę z zielenią.

Zawiązać krawat czy też z gołą szyją,
nie zapinając wcale kołnierzyka
numer czterdzieści i cztery,
iść – iść na spotkanie?

Tak, mam w pamięci
rzekę u jej źródła,
ciężar mgły w styczniu.
Suchy tętent koni.

Albo furmankę o zmierzchu.
Toczy się gościńcem.
Koń bez woźnicy
kieruje zaprzęgiem.

Lecz to niewiele. Niewiele pamiętam.

Nie wiń umysłu. Bowiem, co istotne

niosłem na barkach
jak anielskie skrzydła.

To mi pamiętać.
To i nic już więcej.

Gdy las ciemnieje i zrywa się wicher”.






czwartek, 9 stycznia 2025

Brony

 
Przylatują na zimę,
pordzewiałe, bezczynne.

Gniazda w starej piwnicy
wiją sobie z nawyku.

Leżą zębem do góry,
leżą z ciałem nadpsutym.

Przyciągają wraz z chłodem
zbronowanym ugorem.

Grudki ziemi zakrzepłej
jeszcze rosną w powietrzu.

Komu wyście potrzebne:
porzucone, kalekie?

Brony w zimną noc czarną
Bóg w dom z serca przygarnął.