środa, 23 września 2026

Obłoki II

 
Niezrównane obłoki! Wasz pęd w zatracenie
Jak zabawa (ciąg dalszy zabawy w istnienie).

Obłoki! Wykrzyknienie błękitu i bieli
W sławiącej ziemię pieśni niebiańskich minstreli.

I wasz język: tak wspólny, tak wszystkim znajomy,
W którym rylec promienia znak stawia zamglony.

I w tym piśmie nietrwałym, a jednak koniecznym
Jest wasz żywot skończony, lecz wbrew sobie wieczny.






środa, 9 września 2026

Dźwigacze

 
Zatrzęsło fest, a potem zakołysało, już znacznie łagodniej,
ale i tak tryknęliśmy w siebie łbami.
Drewniana ławka furgonu zgrzytnęła, a spod niej
uniósł się puchaty kurz. – Wysiadamy! –

ktoś krzyknął i wnet zasłonił usta przed haustem
powietrza nasyconym zapachem krów, choć przecież
nikt tu wcześniej nie woził bydła. – Dalej z tym
marasem, nie będziemy tu ślęczeć


do wieczora! Patrzyliśmy na plac pełen
cegieł: pryzmy od bramy po dwa niskie budynki i komin,
za którymi zaczynała się wełnista łąka, gdzie zieleń
brała połysk z popiołu i dymu. Zaskomlił

pies przy nodze stróża, a ten kazał czekać u drzwi
kanciapy aż przyjdzie szef z papierami. No więc
rozprostowaliśmy kości, wyciągnęli szlugi
i jeden drugiego zagadywał: – Powiedz,

jak poszło ci z tą lub tamtą? To poważna
sprawa?
Ach, jedna z drugą przecież nie istniały,
to trochę jak umawiać się we śnie, bo każda
z nich była wszak snem, ciągiem sylab godnym jakiegoś chorału,

stąd ich podwójna wartość, bo nie nam dowodzić,
że nie istnieje zmyślone. Pomarańczowy pył znaczył
bruzdy na rękach i czole; i ten budził największy podziw,
który miał tych szram najwięcej wśród wszystkich dźwigaczy.

Załadowaliśmy cegły; poszły pewnie ze trzy albo i
cztery kursy. A potem zmordowani siedliśmy nad kanałem
nieśpiesznym, czarnym, z nieswoich cegieł swój wznosząc dom, by ukoić
jakiś żal, niemal rozpacz. Słowem świat dźwigać wytrwale.







środa, 19 sierpnia 2026

A gdybym

 
Gdybym mógł wrócić
w czas dawno zaprzeszły,
co chciałbym zmienić,
co zrobić inaczej?

Ten sam by płonął wciąż ogień niewiedzy,
co parzy tylko, ale nie ogrzewa.

Ta sama pycha niosłaby mą głowę,
ręce te same, ten sam chleb pomyłek.

Pewnie że lepszy byłby równy rytm,
coś, co pozwala omijać przeszkody.

Bez pęt biec łąką
miękką, jasnym brzegiem
rzeki, w błękicie,
krajem wyobraźni.

I myśleć sobie,
że nie to istotne,
czemu przydają wagę swego ciała.

To było kiedyś i się nie odwróci.

Lecz nawet teraz można z widzialnego
zaczerpnąć wody i nakarmić usta,

głowę złożywszy na studziennym kręgu,
czuć, jak pulsuje
jasne echo ładu.






poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Upadek królestwa

 
W dalekich prowincjach cisza, poddani
Śpią w okopach banków, urzędach, na chłodnych o tej porze
Plażach z ciemnego żwiru, w fabrykach liter,
Wsłuchani w oddech
Namacalnego jutra. Gdy parują szyby
Od powtarzalnych marzeń i od dobrych snów.

W zamkniętych świątyniach odpoczywa mrok.
Zgaszono ostatnie lampy w bibliotekach.
Złocenia osaczyły centralny plac
I łagodne echo wczorajszych kroków
Zatacza się jak pijak fetujący państwowe święto.

Są jeszcze psy, bezpańskie psy,
Wyzwolone ku dzikiej wolności,
Unoszące się tuż nad brukiem
Na skrzydłach z cienia.

Rany nie są jeszcze prawdziwymi ranami.
Królestwo nie jest już prawdziwym królestwem.
Tylko cierpienie właśnie staje się prawdziwe. 







środa, 8 lipca 2026

Terytorium


To wasze terytorium, nie sposób zaprzeczyć.
Coraz mniej miejsca dla mnie:
niewielki pożytek
z kopacza, któremu drżą ręce. Czasami
liczę to, co zostało:
deszcz w maju, lot kosa,
uśmiech dziecka, niejasny sen o piramidzie.
Byliśmy bohaterami, byliśmy szlachetni!
Do dziś lubimy nosić
płaszcze z czystej wełny!

Ta pieśń przenika wodę,
wchodzi w skórę drzewa.
Lecz słychać głos pastucha,
gdy znaczycie brzegi
swego terytorium przeciągłą sylabą,
moczem, szczękiem nożyc,
tępym wzrokiem latarń.
Co należy do mnie: deszcz w maju, śmiech dziecka…
Widzę wasze cienie: tańczą w lepkim świetle.
Barbarzyński rytuał, radość posiadania…
Cóż to za terytorium –
tylko piach i bagna!
I coraz mniej miejsca
dla mnie, deszczu w maju…






 

środa, 24 czerwca 2026

Ciemnia. Cinema

 
I

Najczęściej były to kadry ulotne:
zapisy lotu kolibra lub szczygła.
Grzechów, błyskotek. Bo często widzimy
nie zaplot deszczu, lecz arrasy kałuż.

Nijakie czyny i drobne szelmostwa,
nazbyt wszak ludzkie, by rozmyślać o nich.

Czasami tylko palce błyskawicy,
gdy rozgarniały ciemnych chmur sitowie.

I tyle imion przywdziewało życie;
jak w magazynie mód, gdzie mierzą szmatki
wytworne damy, ozdoba socjety,
skryte za murem japońskich wachlarzy.

Wszystko się miesza,
dojrzewa i ginie.
Nowe już wiozą na festyn obrazki.

Imiona władców, aktorów, samotnych
person z węzełkiem na dworcach rozsianych
po miastach gwarnych sławetnej Europy.
Imiona armat, medyczne terminy,
nazwy miłosnych technik, sny łacinne.
Wszystko splecione niby nurty rzeki,
co swych kling połysk ostrzą na kamieniach.

Jakie świadectwo im dać tuż przed zmianą?
Co wyryć rylcem na tabliczce zmierzchu?
W ciemnym kwadracie niewielkiego kina
zawsze na krańcach szukasz w mroku kształtu

tych odpowiedzi, których nie dostąpisz,


II

wbrew sobie sławiąc
to, które się dzieje.
Nie które było,
i nie to, co będzie.

Klatka po klatce idziesz przez zawieje.

Gdy słońce zaszło
i niebo ciemnieje,

to jedno słowo,
nawet brnąc wciąż w błędzie,
zapisuj w sobie

sobą –
jak narzędziem. 







środa, 17 czerwca 2026

*** (Budzę się tuż przed zmierzchem…)

 
Budzę się tuż przed zmierzchem i wracam w kierunku
wskazanym przez swą brodę: od piątku do punktu
skupu minut; te znowu wciśnięte w cyferblat
sen musztrują od środka na blaszanych werblach.

Mrok formuje śmieciarka, mieląc znów na kodę
pomarańcze. W wieczorze te same melodie.
Ścianę trzyma reflektor; nic się nie wydarza.
Płoną światła tramwajów w czarnych drzew lichtarzach.

Ołówek za kratkami kartki rwie się chyżo,
nieświadomy niczego więzień – tępy przyrząd.
Jego miękką staranność w dotyku krągłości
samogłosek przejrzałem, nie mogąc uprościć.

Jeszcze jest nawis śniegu. Nawis albo nawias.
Dotąd byt niewidzialny. Zima się przeprawia
na drugą stronę bieli arktycznej papieru.
Ołówek drąży tunel w celi lub bez celu.

Wśród tego ja; pochyły jak e z Wileńszczyzny,
eksponuję swe byłe i niebyłe blizny.
Chłodny barok cień rzuca. Wzór jak kamień ostygł:
mówić wiersze z pamięci, a pisać z miłości.