piątek, 27 marca 2026

Pejzaż z jeźdźcem

 
…jak gwiazdy pogubione w biegu.
(K.K. Baczyński)


I

Tu czy tam. Na takiej czy innej
szerokości. Lub w ogóle nie w tym wymiarze.

Jadąc przez ziemie Imperium.

Na szarym zabiedzonym ośle,
na dumnym koniu
z muskularnym kłębem.

Imperium jest ośnieżone
albo pełne słońca.
Równinne i żyzne
albo pocięte górami
o szarych ostrzach.

Takie lub takie,
ale zawsze to samo.

Jadąc przez ziemie Imperium.
Ten czy ten.
Ale zawsze ten sam.


II

Świętowali medialni zwycięzcy,
śpiewali o sukcesie i głosili wielkość rewolucji.
Potem zajęli miejsca w ogrodzie,
bo lato było właśnie i początek wesela.

Pracowały cicho usłużne kamery,
rocznicowo przez puder uśmiechali się dziennikarze.
A oni ściskali sobie dłonie przez szerokość stołu
z wejrzeniem głębokim w głębokie talerze.

Usługują im tamci przy stole,
którzy na swój grzbiet brać musieli
policyjne pałki, wilczy imienny bilet.
Potem siądą, gdzie ich miejsce, w sieni

zjedzą, co spadło ze stołu.
Zrobią im wspólne zdjęcie
przy stole, bo stół zawsze jest kluczem,
może będą przydatni jeszcze,

w końcu tłum bywa potrzebny,
dla zwycięstwa ważna jest liczba.
Jeszcze zdąży pomówić ich radio,
jeszcze pokarze ich telewizja.


III

Na krańcach miasta
całkowicie nieważny,
więc nie na sobie skupiony,
lecz na tym, co ma przeminąć,
starzec wertuje księgi,
pisze oficjalne protesty,
składa noty, dodaje
słowo do słowa.

Z lupą jubilerską
w prawym oku
oddziela
istotne od nieistotnego.

Krawędzie stron
nacinają palce.
Mury nie trzymają ciepła.
Przez okno bez szyby
wsącza się świat.

Starzec porządkuje przedmioty,
kataloguje i nazywa.
Równo układa
rdzawą miednicę,
pędzel do golenia,
strugi deszczu i daty.

Prostopadłe jest prostopadłe.
Równoległe jest równoległe.

Na papierze rośnie
kropla krwi z rozciętego palca.


IV

Popatrz, jak idzie ku nam, kołysząc biodrami,
miejscowa piękność, znana z programów lokalnej
telewizji, wieczorów z uśmiechem i drinkiem,
spotkań w ogrodach miasta, pogadanek w szkole.
Jej włosy, gdy spadają lokami na kostium,
umiejętny ruch dłoni, gdy poprawia kosmyk.
Popatrz, jak idzie ku nam z całym swym obrządkiem,
jak wznosi swe tablice, ustawia kalendarz,
ułaskawia skazanych, poddaje torturom,
popatrz, jak ku nam zmierza jej beztroski uśmiech,
patrz, ile obiecuje, ciągle nieuchwytna,
jak kroczy pośród niskich, w wiecznym wiosny świcie.
Echo rozmów, smak jadła, rozmaryn nadmorski
w prążkach jej marynarki, pył złoty na palcach.
Nie chce od nas niczego poza posłuszeństwem,
wyrazami oddania, szczerym przywiązaniem.
Ona stanowi prawa, rozdaje zaszczyty,
w jej rękach morski handel, światła fajerwerków.
Patrz, jak zmierza już ku nam, jak zamyka bramy,
przed tymi, którzy hołdu nie złożyli na czas.
Nie dla nich jej spojrzenie, uchylenie rąbka
jej słodkiej tajemnicy, rzucenie okruchów:
tutaj zawsze jest dzisiaj i nie było wczoraj,
Tutaj zawsze jest dzisiaj pozbawione jutra.
W jej świetle, w jej zapachu ciągnie pochód zwierząt,
kroczą chwiejne flamingi, w wietrze drżą łabędzie,
rude kity wiewiórek ożywiają wieczór,
dalej słonie indyjskie i lwy w karnym szyku.
Koń skrzydlaty już parska, idą minotaury,
dalej szczury i dropie, i białe delfiny.
A ona wchodzi lekka, przystaje na schodach,
gestem żegna szerokim, dobrej życząc nocy.
A ona, obiekt pragnień, rozpina guziki,
zawiesza marynarkę na rozbłysku szklanym.
I nikną pod jedwabiem pobliskie cmentarze,
i nie widać błot czarnych, i pachnie jałowiec.


V

On. Przestrzeń. Pustynia Nic. Zawsze, gdy maleje
w niej postać, rośnie pustka, która temu służy,
by rozbity w pył księżyc wchodził coraz śmielej
w szczeliny dni u progu i kresu podróży.

Niezachwiany w swym siodle, gdy zamki upadły,
a schizmę ogłosiły przydrożne pustkowia,
jeździec patrzy przed siebie, koń stąpa paradny
i słońce się za chmurą nierozstępną chowa.

Kask nakłuły mu wichry. Złotem go kuszono
lub gróźb twarde żelazo rzucano, splendece
słano pod kopyta stuk, by wbrew swym zakonom
wybrał sen, co wnet opaść pozwala powiece.

Tyle musiał zwyciężyć, by wziąć za nagrodę
swe samotne wygnanie i równy horyzont,
który podniet podróżnych mogąc być powodem,
wolał dzielić dwa światy ciemniejącą rysą.

Z nagich gór noc się stacza, delikatna zrazu,
choć jej kurz siadł na grzywie, fałdach płaszcza szarych.
Zmierzch budzi ostrą ochrę na chwilę w pejzażu,
zaraz noc się zapali, nie znając umiaru.






poniedziałek, 23 marca 2026

Żeby daleko nie szukać

 
I nawet tutaj, żeby daleko
nie szukać, po drugiej stronie
ulicy, gdzie przechadzają się
nieprzebrane cienie,
nawet tutaj dopada nas
poczucie klęski. Nie obrodziły
miękkie od ciszy jabłka,
nikt nie brał na poważnie
naszych poważnych zamiarów.
Sami protestowaliśmy
przeciw naszym słowom. Sami.
Żeby daleko nie szukać.






sobota, 7 marca 2026

Wiersz wiosenny


Co widzisz, gdy oślepia cię jasny poranek
wiosną? Kiedy drżące, zamazane kształty
odkładasz po kolei na potem. Pod kranem
zwilżasz twarz, spłukując z niej mrok, i swój zdarty
głos naprawiasz strofami z antologii „Jutro
w poezji stulatków”. Po co patrzeć w lustro,

gdy w kamieniach na ganku także dojrzysz zarys
siebie pod postacią cienia. W jaskrawości
dzień rozmywa się, dzieli i tak jak opary
benzyny mgli światło. Co z dużą łatwością
tłumaczyć chce zmęczeniem lub snu niedoborem
splot krwi ikaryjskiej, nieodkryty w porę.

Wychodzisz wprost w tę jasność. Ulice, witryny
sklepów ze sportowym obuwiem, szylkrety
płaszczy, biel koszul i krawaty z grenadyny
prowadzą ku miastu. Jak łatwo ulepić
taki model żywota, plastyczny posążek
przerzucać z rąk do rąk… I kto by tu orzekł

że są gdzieś wiosny inne – błądzi nieświadomie.
Sceneria jedynie zmienia się, albowiem
z czasem opuścić musisz podbite kolonie,
miast kruszców wywożąc kłopoty ze zdrowiem,
starość, której nie leczy sulfametoksazol.
Idziesz w mgle, niejasny, lecz z widoczną skazą.