środa, 12 kwietnia 2023

Ciągle padało

 
Tu, na tym lotnisku,
które nie było przecież
prawdziwym lotniskiem, a tylko
pustą przestrzenią
pokrytą rdzą zdeptanych,
wyschłych turzyc, przyprawiającą
o zawrót głowy lub tylko
uczucie opuszczenia,
staliśmy w deszczu,
wierząc w kolejny samolot –
jedni w ten,
który miał przylecieć,
drudzy w ten, któremu, byliśmy
pewni, rychtowano
w zrujnowanej szopie
mgławiące paliwo, ciągle
padało, terkotały
podłączone kroplówki. To przez ten
cholerny deszcz, powiedział
ktoś z nas, drżących z zimna,
chudych chłopaków, przez ten
deszcz odwołano nam
wszystkie loty
od dziś
do zawsze. 







poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Podręcznik fizyki

 
Ruch występuje
wszędzie, głosił podręcznik
fizyki, noszony
w płóciennej torbie
do szkoły nazwanej
imieniem komunisty.

Wiele lat później
jeden z przyjaciół
powiedział: spróbuj
podnieść rękę najwolniej
jak potrafisz.

Podnosiłem rękę
na wysokość oczu.
Widziałem drżenie,
czułem, jak oplątują ją
nitki powietrza,
ich zawikłana historia.
A sama ręka
podnosiła kopuły drzew,
farę, z kłębów dymu
ratowała fabryczną dzielnicę.

Wymazywała brudną czerwień cegieł
z niewinnej pamięci lipca,
a komunistę
z oficjalnych dokumentów szkoły
i świadectw.

Wszystko się zmieniało,
ruch występował wszędzie. 











środa, 29 marca 2023

U zbiegu

 
Świtało lato i ulice
wylegiwały się
w dwóch lub trzech
należących do nas miastach:
w identyczny sposób,
tak samo rozleniwione, syte.

W sąsiedztwie
dziewczyna czytająca list
przy otwartym oknie

przerwała lekturę
i włączyła
kasetę Dezertera.

Świtało lato, płyty tektoniczne
u naszych stóp
nachodziły na siebie
jak spłaszczone przez czas
wraki okrętów.

Kurz wzbił się
i pokrył nasze linie papilarne.

Niewiele, przyznaję, z tego pojmowaliśmy.

Za mało było powagi,
za mało kimon
z prawdziwego jedwabiu.

Ostatecznie
sklepy z poezją używaną
nigdy przecież nie były
tak naprawdę całodobowe. 







środa, 22 marca 2023

Prognozy pogody

 
Wkrótce spadnie śnieg, zapowiadają.
Przykryje dachy, języki
zieleni, uczynki złe i dobre.

Nareszcie usną
wyspy połączone z lądem.

Będzie jak na początku świata,
jak przed poznaniem.

Woda pogodzona z ziemią,
ogień z popiołem.

Nie pragniemy, być może,
niczego więcej poza śniegiem.

Czekamy, zaciskając palce,
zmagając się z wielkim Wtedy.
Nasze życie blaknie,
prognozy się nie sprawdzają. 







czwartek, 2 marca 2023

Kołyska

 
„Zrobili ze mnie zbrodniarza. Prawda jednak wkrótce zwycięży. Nad światem zapanuje idea Chrystusowa, Polska niepodległość – a człowiek pohańbioną godność ludzką – odzyska”

płk Łukasz Ciepliński


Woda przetacza żwir po dnie
ciemnieje rzeka tam gdzie powój
ląd stały czarnym sznurem tnie
na wyspy mogił

wsącza się w brzegi cicha krew
umacnia skały świt buduje
z drzazg za paznokciem twardość drzew
wzrasta jak strumień

rozgarną dłonie ciężki piach
nie znajdą nic i przejdzie obłok
i słona jasność stanie w drzwiach
zamilkłych domostw

ciał mapy znikły w pasmach blizn
zgniły w ran wielu grzęzawiskach
i kuli świst i pejcza świst
splotły kołyskę

gdy wody toczą mokry żar
w kamienny wąwóz tłoczą lawę
każda z niepogrzebanych skarg
woła o prawdę. 








czwartek, 16 lutego 2023

Wyprawa

 
Nie mając, naprawdę nie mając nic
poza okrągłym słońcem
i literą na żaglach oznaczającą czekanie,
przedzierali się przez słony tunel wiatru,
przez niepewne widoki wybrzeży.

Mówili: pielęgnuj w sobie dostojeństwo masztów,
wypatruj gwiazdy, co rysuje niebo.

Płynęły nawy i mijały wieki.
Wersety żagli wysychały w słońcu.
Imiona dzieci płowiały w kronikach
i echa niosły pogłos jednej burzy.

Nie dopłynęli
lub nic o tym nie wiem.
Ale przetrwały: słońce i litera.
I jeszcze napis w ich dziwnym narzeczu
wyryty gwiazdą
na zamarzłym niebie. 







piątek, 10 lutego 2023

Kamienica

 
Duża, wśród oleistych kałuż, na cztery dawne piętra
wyciągnięta w górę, jakby z ciemnej cegły
szafa słojami pionowo pocięta;
niżej, tuż za nią: „Bułki, zakwas, chleby.
Produkcja własna”. W czerwca tle bliźnięta

pchają przed sobą wzdłużony cień szczypiec,
który przykrawa rzekę jak nogawkę spodni,
wciąż zbyt dla oka i łydki obszerną. Pies, gotów, by przybiec
do nóg pana i oddać patyk (ten puchar przechodni
Mistrzostw Posłuszeństwa), szczeka na odbicie w parterowej
                                                                                      [szybie

kół autobusu, a one – w podzięce –
nim znikną za załomem kamienicy, kręcą
tę karuzelę losu złożoną naprędce
z przypadków pozornie błahych. Żelazną poręczą
jak szosą w kamienną bramę zjeżdża słońce – więcej

nie ujrzysz tego, choć wrócisz tu pewnie,
pomstując na drożyznę, nie szczędząc ironii.
Pies znów – ten sam, lecz inny – przez trawę przebiegnie
i słońce inne inne nasączy zasłony
gęstą jodyną zmierzchu. Zaledwie

część tego możesz wziąć ze sobą. Nikłe
nadzieje na powrót zdarzeń. Chociaż milczysz,
rad jesteś z obrotu spraw. Z niecierpliwym szczygłem
ćwiczysz lot, gdy znika w cieniu kamienicy
jak stóg siana, co zniknął ukłuty przez igłę.