środa, 24 czerwca 2026

Ciemnia. Cinema

 
I

Najczęściej były to kadry ulotne:
zapisy lotu kolibra lub szczygła.
Grzechów, błyskotek. Bo często widzimy
nie zaplot deszczu, lecz arrasy kałuż.

Nijakie czyny i drobne szelmostwa,
nazbyt wszak ludzkie, by rozmyślać o nich.

Czasami tylko palce błyskawicy,
gdy rozgarniały ciemnych chmur sitowie.

I tyle imion przywdziewało życie;
jak w magazynie mód, gdzie mierzą szmatki
wytworne damy, ozdoba socjety,
skryte za murem japońskich wachlarzy.

Wszystko się miesza,
dojrzewa i ginie.
Nowe już wiozą na festyn obrazki.

Imiona władców, aktorów, samotnych
person z węzełkiem na dworcach rozsianych
po miastach gwarnych sławetnej Europy.
Imiona armat, medyczne terminy,
nazwy miłosnych technik, sny łacinne.
Wszystko splecione niby nurty rzeki,
co swych kling połysk ostrzą na kamieniach.

Jakie świadectwo im dać tuż przed zmianą?
Co wyryć rylcem na tabliczce zmierzchu?
W ciemnym kwadracie niewielkiego kina
zawsze na krańcach szukasz w mroku kształtu

tych odpowiedzi, których nie dostąpisz,


II

wbrew sobie sławiąc
to, które się dzieje.
Nie które było,
i nie to, co będzie.

Klatka po klatce idziesz przez zawieje.

Gdy słońce zaszło
i niebo ciemnieje,

to jedno słowo,
nawet brnąc wciąż w błędzie,
zapisuj w sobie

sobą –
jak narzędziem. 







środa, 17 czerwca 2026

*** (Budzę się tuż przed zmierzchem…)

 
Budzę się tuż przed zmierzchem i wracam w kierunku
wskazanym przez swą brodę: od piątku do punktu
skupu minut; te znowu wciśnięte w cyferblat
sen musztrują od środka na blaszanych werblach.

Mrok formuje śmieciarka, mieląc znów na kodę
pomarańcze. W wieczorze te same melodie.
Ścianę trzyma reflektor; nic się nie wydarza.
Płoną światła tramwajów w czarnych drzew lichtarzach.

Ołówek za kratkami kartki rwie się chyżo,
nieświadomy niczego więzień – tępy przyrząd.
Jego miękką staranność w dotyku krągłości
samogłosek przejrzałem, nie mogąc uprościć.

Jeszcze jest nawis śniegu. Nawis albo nawias.
Dotąd byt niewidzialny. Zima się przeprawia
na drugą stronę bieli arktycznej papieru.
Ołówek drąży tunel w celi lub bez celu.

Wśród tego ja; pochyły jak e z Wileńszczyzny,
eksponuję swe byłe i niebyłe blizny.
Chłodny barok cień rzuca. Wzór jak kamień ostygł:
mówić wiersze z pamięci, a pisać z miłości.