Maszyna do szycia
przemawiała w samotnym szarym pokoju
po niemiecku, bo wojna
skończyła się przecież
dzisiaj o świcie. Prasowalnica
wygładzała spodnie (nikt nie ma
takich płaskich nóg). Dusza
uleciała z żelazka, stało
porzucone w komorze
za podwójną kratą, jak złoczyńca, któremu
odmówiono spowiednika. Drżały
wota słoików, dym
z ukradkowych papierosów miał zapach
kadzidła i zawsze
szedł nie tam, gdzie trzeba. Na strychu
zmarli zostawili ubrania, szuranie
pantofli, szczęk klamry skórzanego paska.
Belki przesiąknięte sierpniem
tłumaczyły policzkom, że życie
jest szorstkie. Nikt im nie wierzył,
przecież serce biło tak mocno,
tak mocno! Dawne
koryto rzeki usychało ze starości,
a wyspa powoli łączyła się z lądem,
aż w końcu
przestano mówić,
że kiedykolwiek istniała.
poniedziałek, 27 maja 2024
*** (Maszyna do szycia…)
czwartek, 9 maja 2024
Tam pędzą te upiory
Tam pędzą te upiory i myśl w ogniu staje,
gdzie jeźdźce na popasie piją metal zimny,
jest zaś wśród nich ten jeden, ten od wszystkich inny.
Ten, który wiedzie z sobą w odleglejsze kraje.
Tam pędzą więc upiory, w mrok, gdzie romantyzmy,
gdzie za chwilę bruk wydrze wiatr i złoży w pryzmy,
gdzie krzyk nabrzmi i z ciała w ciała zimne wniknie,
czekając, drzwi macając, do cna się wykrzyknie.
Tam upiory przystaną, gdzie modrzewi korab
szarpie się na kotwicy ziemi, wichru linie,
czekając, czy minione jeszcze raz przeminie,
nie wiedząc, czy nastała odpowiednia pora.
piątek, 19 kwietnia 2024
Na moście
Woda
szła ścianą, w którą co rusz pocisk
oderwanego brzegu wbijał się i nikł z pluskiem
pod ruchliwym brzeszczotem piany. W nocy
straszniejszy jeszcze szum, słusznie
pilnujący swoich mrocznych prawd. Konary
wirowały, oddane nawale. Niekiedy
z wody wyskakiwała świeża gałąź – tonąc, zanim zarys
utrwalił się w oku. Pychówka, podarta na strzępy,
pozbawiona godności parła przed siebie. Tuż za nią
jałówka bodąca rogami to, co w dole, ciemne, rwące,
śmiercionośne. Bywa, że same cienie ranią
patrzących, otulając jak w szorstką wełnę w grozę.
I ta powtarzana z ust do ust pogłoska,
że tama wysadzona i teraz dopiero
zobaczymy. Stłumiony ryk, trzymany na powrozkach,
podnosi nogi z zimna, a ono przybiera
formę wilgotnego oddechu – zapowiedzi
czegoś bardziej przez tajemność dążeń
straszniejszego niż on sam, który prowadzi
bądź co bądź w jakieś jednak namacalne morze.
piątek, 12 kwietnia 2024
*** (Pamiętam…)
Pamiętam
wczesnojesienne przedpołudnia,
gdy bielała kora
i filozofowie
tężeli na półkach
w domu na przełęczy. Ciepły
wiatr osuszał pola
i oczy. W kościele
chował się chłód wieczoru.
Rzeka była epopeją, ptaki
kreśliły krótkie wersy haiku
i lis z godnością oczekiwał
na śmiertelny postrzał. W ogrodzie
kwitły późne baśnie. Samoloty
unosiły się nad wielką przepaścią
i drżały złączone dłonie
bladych nowożeńców. W ciszy
jesiennego przedpołudnia
pęczniały rajskie drzewa
i zmiażdżony obcasem owoc poznania
nigdy chyba nie był tak blisko.
wtorek, 2 kwietnia 2024
Potop
Wybito okna
i wyważono drzwi,
a wtedy do naszych piwnic
wlała się ciemność.
Zmrużyliśmy oczy,
tak była oślepiająca.
Nie było w nas zachwytu.
A jednak
trudno zaprzeczyć
istnieniu pewnej fascynacji.
Śmiertelnie przerażonych
chowaliśmy pośpiesznie
za murem nocy.
Wszystko szło zwykłą koleją:
gdzieś pod stopą trzasnęła gałąź,
nadal miarowo pracowały tłoki silników,
koty mruczały sennie na zgrzebnym płótnie betonu.
Położyliśmy sobie ręce na ramionach.
Tańczyliśmy.
Tańczyliśmy do upadłego,
oślepieni,
w wezbranej rzece
ciemności.
W jeziorze, morzu, oceanie.
czwartek, 21 marca 2024
Pomiędzy
Widzę dachy przez wąską szczelinę między
zasłonami. Tędy również dostaje się
do wnętrza słupek dymu z jednego
lub drugiego komina, tam, daleko. Także ja
wyślizguję się tą drogą, kiedy
wyprawiam się w to czy inne
zapatrzenie. Taką lub inną
porą roku i życia.
Dachówka jest na wyciągnięcie ręki
jak los osiadłych tu tych czy tamtych ludzi.
Cegły czernieją godzina po godzinie.
Obłoki stają się coraz bielsze i bliższe.
Pionowa szczelina
wysysa schnącą kość zmierzchu.
poniedziałek, 11 marca 2024
Archeologia
Zalegli w czasie, odpoczywający,
leżący na skałach żłobionych przez morze,
podajemy sobie ręce,
korzystając z chwil odpływu.
Morze nie uchybia
naszej posągowatości.
Odwrócone katedry,
mające teraz ciała kobiet i mężczyzn.
Wieże, wznoszone
cegła po cegle.
Wyrzuceni na brzeg,
proszący o odnalezienie,
ostateczne nadanie
kształtu.