środa, 9 września 2026

Dźwigacze

 
Zatrzęsło fest, a potem zakołysało, już znacznie łagodniej,
ale i tak tryknęliśmy w siebie łbami.
Drewniana ławka furgonu zgrzytnęła, a spod niej
uniósł się puchaty kurz. – Wysiadamy! –

ktoś krzyknął i wnet zasłonił usta przed haustem
powietrza nasyconym zapachem krów, choć przecież
nikt tu wcześniej nie woził bydła. – Dalej z tym
marasem, nie będziemy tu ślęczeć


do wieczora! Patrzyliśmy na plac pełen
cegieł: pryzmy od bramy po dwa niskie budynki i komin,
za którymi zaczynała się wełnista łąka, gdzie zieleń
brała połysk z popiołu i dymu. Zaskomlił

pies przy nodze stróża, a ten kazał czekać u drzwi
kanciapy aż przyjdzie szef z papierami. No więc
rozprostowaliśmy kości, wyciągnęli szlugi
i jeden drugiego zagadywał: – Powiedz,

jak poszło ci z tą lub tamtą? To poważna
sprawa?
Ach, jedna z drugą przecież nie istniały,
to trochę jak umawiać się we śnie, bo każda
z nich była wszak snem, ciągiem sylab godnym jakiegoś chorału,

stąd ich podwójna wartość, bo nie nam dowodzić,
że nie istnieje zmyślone. Pomarańczowy pył znaczył
bruzdy na rękach i czole; i ten budził największy podziw,
który miał tych szram najwięcej wśród wszystkich dźwigaczy.

Załadowaliśmy cegły; poszły pewnie ze trzy albo i
cztery kursy. A potem zmordowani siedliśmy nad kanałem
nieśpiesznym, czarnym, z nieswoich cegieł swój wznosząc dom, by ukoić
jakiś żal, niemal rozpacz. Słowem świat dźwigać wytrwale.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz