Poeci, bywa, wybierają źle,
oddając palce pod brzydkie pierścienie,
ochoczo śmieją się, gdy w czas żałoby
kondukty suną po stromych ulicach.
Albo do dworu biegną zalęknieni,
że ktoś ich ubiegł, ktoś wziął ich nagrodę;
różne są, różne, wybory poetów!
Nocami cierpią, żałując swych czynów,
klną dzienne światło, woląc przy księżycu
pisać czułostki lub uciekać w pustkę.
Niektórzy mówią, że to ich wrażliwość
każe zaludniać im bagienne kraje,
gdzie mgła i wyziew trujący dla ciała
koślawi kształty ich wytwornych liter.
Inni – i także nie sposób odmówić
im pewnych racji – twierdzą, że przyczyną
takich wyborów jest głód nieustanny,
który do biegu zmusza, gotowości,
by spełniać takie czy inne życzenie.
Pragnąć i sycić – oto co wypełnia
salon, sypialnię, kąpielowy pokój.
Poeci, bywa, błądzą wśród wzgórz ciemnych,
nie swoje szaty biorą i idee,
żywot swój wieczny obnoszą po targach,
na palcach licząc dni, gdy gwiazda spłonie.
Lecz jak świat dźwignąć na mięśniach zwiotczałych,
nie wiedzą oni. Ani wiedzieć nie chcą.
poniedziałek, 8 maja 2023
Poeci, bywa (Z przygód H. F.)
Z przygód H. F. (ciąg dalszy)
pychówka czy kanoe…
Nieważne, czym płyną słowa
ze snu do snu.
Nawet niech będzie tratwa.
Czort tam. W czym tkwi różnica?
Podróż wszelako potrwa,
więc przyda się śliwowica.
I szklanki. Albo nie.
Do ust przyłożysz gwint.
Ciemne francuskie tytonie,
księżyc we mgle i absynt.
Trunek pachnie metalem,
jakby w nim płukać pocisk.
Od wojny coraz dalej,
lecz coraz bliżej nocy.
I nie uciekniesz od niej,
chociaż wiosłujesz co sił.
W tych następstw monotonii
smutek się skrył.
Odpalaj silnik, Huck!
Zakołysało mocno…
Ruszymy znowu wspak
na przekór nocom.
Lecz kogo za patrona
wybrać chciałbyś w tym dziele?
Tasuj w talii imiona.
Przymruż oko i strzelaj.
Tyle kart do wyboru.
Wszyscy pomarli.
Od gazu, kuli, moru.
Zanuć pieśń skargi.
Być może ta prawdziwie
jest pieśń człowiecza.
Słowo nie odpoczywa,
drążąc stulecia.
Ten, tamta. Razem
w kole historii.
Na brzegach nocne straże
niosą pochodnie.
Ogień skacze po półkach,
dym wchodzi w krew.
W opuszczonych zaułkach
słychać twój śpiew.
Zburzonej Bastylii rośnie
złowrogi kieł.
I patrzą nań miłośnie
trupy z wnutriennych dieł.
I patrzy nań zazdrośnie
ten typ wbity we frak.
Bramy otwiera na oścież
funt, dolar, euro, frank.
Spogląda spod kaszkietu
ponury szkieł
z uniwersytetu:
égalité!
Kastetem jest gotowy
z tytułem cham
na odlew bić przez głowę:
Écrasez l'infâme!
W klasztorze bal i kawa,
w kościele meblowy sklep.
Wprost z wnętrz strzelistych zabawa
dudni przez step.
Katedrę trawi ogień
wśród wrzawy braw.
Pchają fanty za rogiem
doktorzy praw.
Dziób wody toń haracze,
krew jest zielona.
Daj spokój, Huck. Ty płaczesz?
Tak jest w tych stronach.
Tu każdy chodzi w bliznach
albo z bandażem.
Wódka się już przegryzła
przez świat do marzeń.
Płyńmy jak z Herodotem,
wziętym na szpicę…
Mruczy silnik toyoty
w zgiełku przywidzeń.
Płyniemy rzeką wielką,
mój cicerone.
Historia jest hochsztaplerką
w złotej koronie.
czwartek, 4 maja 2023
Piosenka o księżycu (Autobus do Wiednia)
Na brzegu nocy, w lampach auta,
skrapla się pieśń o Argonautach.
Mówiono, żeście tacy sami:
oni, na Argo, i ty, w scanii.
Grzeje się silnik. Ktoś tam sprząta
parking w trylinki sześciokątach.
Miga prostokąt w barze z przodu –
prognoza: zimno. Wiatr od wschodu.
Księżyc lśni w tłustym oceanie.
Świat trwa niezmienny w swej przemianie.
Łka autokaru szyba przednia.
Życie jest drogą. Stąd do Wiednia.
Ostatnich życzeń wiązka w darze:
papierosowy dym przy barze –
chciałeś znów czegoś, co nie przetrwa.
Czekasz, wpatrzony w wielki ekran.
Tyran spogląda znad dziennika.
Księżyc jak sztylet szkło przenika.
W białych od słońca skał annałach
echo się wspiera na wystrzałach.
Ten dźwięk wraz z krwią ci tętni w skroniach.
Oto historia nieskończona.
Księżyc się nurza w chmur topieli.
Za późno nie chcą ci, co chcieli.
Popiołów rośnie gruba warstwa.
Zbutwiałe wewnątrz śpią mocarstwa.
Rodzima chyli się austeria.
W dań karcie szampan i mizeria.
Księżyc dobija światłem do dna.
Rzecz ostateczna. Niezawodna.
Giełda się sypie. Hossy nie ma.
Dolar umocnił się do jena.
Świat trwa niezmiennie w swej przemianie.
Falują myśli na ekranie.
Szepczą stolice rym kamieni.
Każda historią snów się mieni.
Parkingu pełznie ciemna plama.
Pociechy szukać chcesz w stu gramach.
Dwanaście wymknie się przed świtem,
w księżyca blasku drżąc odbitym.
Reszta – nadbagaż – po opłacie
ostatnie zbierze gratulacje.
Usłyszysz płacz nad sobą samym.
(Księżyc lśni w tańcu odbijanym).
I osiemdziesiąt osiem gramów
zniknie. Więc dobrze się zastanów.
Ktoś przygotuje zgrabną mówkę.
Tak będzie. Sięgasz po piersiówkę.
Kierowca sprawdza świateł siłę.
Zapala. Gasi. Jestem. Byłem.
Na szarym mchu telewizora
rośnie opowieść o upiorach.
Najmniejszym jest cierpieniem ołów.
Gorszym – nagroda: kęs od stołu.
Księżyc w ocean już się stoczył.
Dobrze. Nie bije światłem w oczy.
Zasypia tyran. Śpią maklerzy.
Śpi w fal eksplozji pas wybrzeży.
Rusza autokar. Kraków – Vienna.
Dolar umacnia się do jena.
2011
środa, 26 kwietnia 2023
Kwitną magnolie
Magnolie kwitną na ulicy w dół
idącej w sposób łagodny i miły.
Białą kobiety pościel wywiesiły;
w łódkach ramion rozwartych żeglują przez bruk.
Za blokiem nasyp, a na nim prowadzą
tory na obce, bez imion południe.
Wagony z węglem jak wyspy bezludne
w wersji z dowozem – archipelag sadzy.
Magnolie kwitną. Niebo ponacinał
przed laty pociągów stuk. Ich cień na płatkach
wyczerpał limit szarości do ostatka.
Choć przeczy temu w wygasłych oknach pajęczyna.
wtorek, 18 kwietnia 2023
Obchód
Gdy ona została w domu, by czuwać, on
poszedł na obchód
z wielką latarnią
przed sobą, zdawałoby się
nie do udźwignięcia. Przeciągnął
jasny łańcuch
przez sczerniałe pastwisko
i dalej, na obrzeża
bagien nad rzeką. Cały
czas stała w oknie,
dzielona na części
przez jesionowe kwatery
z płatami szyb. I kiedy
wracał, ubłocony i mokry,
dostrzegł ją na przekór
nocy i chyba
uśmiechnął się, strząsając
z siebie wilgotny mrok.
Zgasił latarnię, zanim
zaczęło dnieć, wszedł do domu.
I powiał wiatr, i świat
osunął się
w to, co nowe, jasne
i tak bezpieczne,
że można było
otworzyć okna
na powrót.
środa, 12 kwietnia 2023
Ciągle padało
Tu, na tym lotnisku,
które nie było przecież
prawdziwym lotniskiem, a tylko
pustą przestrzenią
pokrytą rdzą zdeptanych,
wyschłych turzyc, przyprawiającą
o zawrót głowy lub tylko
uczucie opuszczenia,
staliśmy w deszczu,
wierząc w kolejny samolot –
jedni w ten,
który miał przylecieć,
drudzy w ten, któremu, byliśmy
pewni, rychtowano
w zrujnowanej szopie
mgławiące paliwo, ciągle
padało, terkotały
podłączone kroplówki. To przez ten
cholerny deszcz, powiedział
ktoś z nas, drżących z zimna,
chudych chłopaków, przez ten
deszcz odwołano nam
wszystkie loty
od dziś
do zawsze.
poniedziałek, 3 kwietnia 2023
Podręcznik fizyki
Ruch występuje
wszędzie, głosił podręcznik
fizyki, noszony
w płóciennej torbie
do szkoły nazwanej
imieniem komunisty.
Wiele lat później
jeden z przyjaciół
powiedział: spróbuj
podnieść rękę najwolniej
jak potrafisz.
Podnosiłem rękę
na wysokość oczu.
Widziałem drżenie,
czułem, jak oplątują ją
nitki powietrza,
ich zawikłana historia.
A sama ręka
podnosiła kopuły drzew,
farę, z kłębów dymu
ratowała fabryczną dzielnicę.
Wymazywała brudną czerwień cegieł
z niewinnej pamięci lipca,
a komunistę
z oficjalnych dokumentów szkoły
i świadectw.
Wszystko się zmieniało,
ruch występował wszędzie.