Nie wiem, co mógłbym dodać,
co napisać, żeby
nic nie zostało ujęte
albo zostało ujęte
należycie.
Tyle lat starań, a ciągle
ta sama niepewność
pod pługiem wchodzącym
w ziemię, pod palcami
wyszarpującymi przestrzeni kartki
czarne promienie liter.
Zasiane, nie zebrane.
Wzniesione i opuszczone.
Dmuchamy na ciężkie fale
oceanu, który nie wygasa
w gniewie. Granatowe płomienie
zamieszkują w naszym oddechu.
Tyle lat starań. Jeszcze
broni się pamięć,
ostatnia z wież miasta,
cienka, chwiejna wskazówka
naszego słonecznego zegara.
czwartek, 9 lutego 2023
Wzniesione, opuszczone
czwartek, 2 lutego 2023
Latem
Deszcz rozmienił asfalt na solidną garść
nierównych greckich monet, toczących się prosto
z wykopalisk; nic, tylko schylić się i skraść
choćby jedną z nich i wreszcie wyjść na prostą,
niemającą na szczęście żadnych zbieżnych z niczym,
co zna archeologia łajdactw. Kto policzy
liście kropel, w które noc uchodzi w parze
z mokrym chłodem, kładąc wosk na pył zieleni
z troską, jakby składała wykwintne bagaże
przed podróżą w hallu hotelu. Niezmienny
trwał przepływ sił i barw, lecz strażnicze
wieżyczki oczu widzą często jedynie ulice
główne w wielkich obozach miast, pełnych świateł
i nauk misjonarzy podejrzanych sekt
technologii, marzących o wiecznej schizmie. Latem
kontur jest wyraźniejszy niż wtedy, gdyś strzegł
wiosennych kluczy ptaków. I rzecz doprawdy nie w tym,
by liczyć, lecz zachować w dłoni ślad tamtej monety.
czwartek, 26 stycznia 2023
Podróż zimowa
Będziesz jechał skrajem
zimy, sam – i nie napotkasz nikogo.
Dlatego słowa
będą do ciebie wracać: te same,
niedotknięte. Będziesz
jechał przez śnieg, przez dolinę
bieli. Czasem w ciszy
niemal idealnej i dlatego
tak ciężkiej. Złożone dłonie drzew
będą przecinać obłoki. A ty
będziesz zadawał pytania,
przykładając ucho
do zmrożonej ziemi. Poczujesz
falowanie, trudną pracę
wyschłej gliny, pokładów
pamięci. Ale to wszystko,
co będzie ci dane.
Być może dotrzesz tam,
gdzie planowałeś, być
może zanurzysz dłonie
w szarym nurcie zaznaczonej
na twej mapie rzeki.
Ale nie po to w istocie
podjąłeś tę podróż. Pragnąłeś
pytań bez odpowiedzi, wiedziałeś
o swoich słowach
rozpraszanych przez zimne
powietrze. Oddychasz z ulgą,
czując, jak krew
roznosi twoje sylaby
po całym ciele. Jak wzrastają
jednocześnie świt i zmierzch,
jak gałęzie zimy
chwytają w sieć
twoje najszczęśliwsze gwiazdy.
Jak skrzypią na śniegu
twoje policzone kroki.
wtorek, 17 stycznia 2023
We wnętrzach domów
Niechętnie, na przekór
sobie, po skrzypiących deskach
albo po stopniach drewnianych schodów,
które przejęły od ciszy
barwę szarości, z lękiem,
przeczuwanym, ale niedoświadczonym bólem
albo właśnie z rozkoszą,
myśląc o nowym dniu,
ponownych narodzinach,
nieśmiertelności –
tak się poruszaliśmy
we wnętrzach tych wszystkich domów,
po ich sekretnych
takich samych
ciemnościach przykrytych
dywanami i opowieściami
wywiedzionymi z letnich upałów.
Były jeszcze tapety: przypominały
zieloną płachtę na zboże;
przyjmowały dłonie
i obmywały je
z szorstkości,
a wtedy niebo
stawało się ciemne. Potem zamykały się
szerokie na pół palca gabloty z gazetami,
tak jak zamknął się jeden
i drugi wiek. Zostawała
twarda jak skóra
spieczonego chleba
pamięć i kilka informacji petitem
z ubiegłego kraju. Niechętnie,
na przekór. Albo może właśnie
z bolesną, lecz mimo wszystko rozkoszą.
piątek, 30 grudnia 2022
Z grubsza
Z grubsza rzecz biorąc, sprawy wyglądały
cienko; więc podjąć jakieś należało
kroki. Dobrze czuć pod stopą ląd stały,
na którym całe opiera się ciało.
Uciec, wyjechać porannym pociągiem
do miast nadmorskich i dalej ku bieli
piasków, co jak niepotrzebne, pomięte chorągwie
zakwitają dokładnie w miejscu, któregośmy pragnęli
w podróżniczych snach, frunąc. Jednakże
realia bywają różne od fantazji, zatem
człowiek tkwi w miejscu i to jest przeważnie
przeznaczonym mu losem. Biorąc za utratę
zgubienie w porannych godzinach swych mrzonek,
pamiętać należy, że nikną rzeczy ważniejsze,
nim się obejrzysz. Oczy, zbyt często zwrócone
ku pustce, schną, dojrzewając i nie mogąc przejrzeć.
poniedziałek, 19 grudnia 2022
Z cyklu „Okna” (frg. IV i XI)
IV
Tam, gdzie szyba się wtapia w skrzyżowaną ramę,
spotykam dwoje oczu. Zagrywka na pamięć.
Patrząc z zewnątrz (lub w lustro), dostrzec można znaczeń
znacznie więcej i siebie – lecz całkiem inaczej.
Stłuczony w nieuwadze o brzeg okna łokieć
przypomina o ciała skłonności do skłonów.
Naciągnięte na głowę góry niewysokie
wieszczą światu kapturem ogień, powódź, pomór.
W zachodzących za wzgórzem odblaskach wieczoru
topi się stal biurowca: gra wzniosłych pozorów
osiągnęła w konstrukcji wysokość kredytu
przyznanego epoce. Spod farb i politur
niskie domy za pawim wciąż piórem tu tęsknią,
przystrajając aeternum przykrojoną tęczą,
która spaja deszcz z jasną plamą na boisku,
gdzie gra toczy się o nic lub (częściej) o wszystko.
XI
zmrożona Droga jak rzeka
do chrztu ją trzymałem na rękach
gwiazda nad nią wyżynna
biała gwiazda i zimna
wyludnione południe
ku mnie gwiazdo chodź ku mnie
w studnie sady wrzucone
w groby niewymoszczone
jakby skradał się złodziej
ty go nakarm i odziej
szczęka w zębach muzyka
piekło bramy odmyka
woda czarna po zmroku
mleko wre w piersiach głogu
zmrożona Droga jak rzeka
do chrztu ją trzymałem na rękach
środa, 19 października 2022
Drwale
Na krótko przed tym, zanim w ciało drzewa
wgłębiła się zębiasta piła, ruszył
świt z całym dobrodziejstwem. „Czasem miewa
się dobre dni” – siedzieli na pluszu
zieleni, gryząc zatęchły słonecznik. Na prawo
parowała darń, wilgoć sunęła metodycznie po siekiery
twardym ramieniu i dalej srebrnym szykiem przez kulawą
cienistość olch, wychodząc z lasu, gdzie trawy ugięły
swą dziewczęcą wiotkość i wilgotna glina
wzięła w siebie ich poszum. Niżej zresztą
nie było nic, co mogłoby zaczynać
jakąkolwiek opowieść – las wytłumiał przeszłość.
„Od siedzenia w tym bagnie tyle lat mam portki
wiecznie mokre. Reumatyzm” – rzekł jeden, wstając. I zaklął,
jednocześnie pocierając policzek szary i szorstki
jak mur sierocińca, na który nałożono niewidzialną szpachlą
gips przemokłej zieleni i nieba – tak obca
była ta przestrzeń, ta chwila, że ptak ją wziął za klatkę, a oni
zgasili niedopałki o gumowy obcas,
wdmuchnęli resztę dymu z kaszlem w tutkę dłoni
i zabrali się, gwiżdżąc, za spuszczanie drzewa –
tą metodą, której przed laty uczyli ich ojcowie
lub bracia matek i jeden drugiego zagrzewał
do żwawszych ruchów gestem pozbawionym słowa,
aż rosochaty kosmos upadł z hukiem, niszcząc
fragment innego, nieobcego świata i wtedy plama
zieleni zwinęła się, tworząc tunel – dokąd? Siedli blisko
siebie. „Gdybym rzekł, że mi nie żal, to bym, psiakrew, skłamał”.