piątek, 24 czerwca 2022

W galerii

 
Wśród przejść poczynionych specjalnie
na użytek wizytujących – między
przegrodą z regipsu a dwojgiem
ludzi zatopionych w rudziejącym pejzażu,
gdzie rozbłyska gwiazda na granatowym niebie
i coś potężnieje na granicy planów.
Właśnie tutaj jesteś: w wiecznym pomiędzy.
Na granicy. Za chwilę
wyjdziesz na ulicę, unosząc w splotach nitek
swojego ubrania resztki zapachu farb
i skóry modelek. Będziesz stał bezradny,
naznaczony przez ciężkie płatki słońca.
W końcu ruszysz przed siebie wąwozem, znowu
pomiędzy. Wystawy będą obiecywać,
pierwsze lampy o chwiejnych żółtych słupkach
odetchną z ulgą po męczącym dniu
bezczynności. Będziesz śledził
tych wszystkich, którzy
śledzili ciebie. Krok po kroku, gest
za gestem, przez całe stulecia. Istniejąc
w zasadzie już tylko
w obrazie widzianym
kilka godzin temu, z ulgą
przyjmiesz rozlewający się wieczór.
Coraz bardziej
między twardą bramą drzew
po prawej a mglistością tego,
co zawsze było
mniej lub bardziej poza. 







czwartek, 2 czerwca 2022

Petroniusz dyktuje


Żyliśmy tu i ówdzie i tak jak się dało.
Nic w nas nie zasłużyło na miano „doskonałość”.
Tunika była tkana na pokurczy miarę.
Taki los: ni w nagrodę, ani też za karę.

Patrzyliśmy jak burza rozrywa niebiosa,
Bardziej doglądając, aby pieśń miłosna 
Miała wyrazisty rytm i błysk jedwabiu.
I sen ten, trzeba przyznać, nigdy nas nie zawiódł.

Przychodził, kiedy trzeba. Kleił zgasłe oczy.
Księżyc wschodził nowy. Świat bez nas się toczył.
Uważać trzeba było, by nie zgasnąć w sobie,
Kontemplując horyzont odziany w żałobę.

Lecz i na to się rychło znalazło lekarstwo,
Odkładane przez lata wciąż warstwa za warstwą,
Aż powstała skorupa. Popioły wystygłe.
Nie jest chlubą bezczynność, ale też nie wstydem.

Powstawały fortuny, umierały duchy.
Po zjawie nikt nie płacze. To sprawa kostuchy.
Lecz któż o śmierci myśli, ciało mając młode?
Tylko przez to, że żyjesz, czekasz na nagrodę.

Znosiliśmy z godnością rządzących kaprysy,
Bardziej od sztyletów ceniący napisy
Na sypiącym się murze – nawet tu spóźnieni.
Twarz poorzesz bruzdami, ale dat nie zmienisz.

Upadały idee, wyła wojna wilcza
Tuż pod bokiem posągów. Ale marmur milczał.
Donosili posłańcy o kolejnej rzezi.
Zasada wzajemności. Krew w kolorze miedzi.

Tak czy owak, historia dotknęła nas lekko:
Ot, muśnięcie niewarte, by stać się piosenką
Choćby. (Teraz zresztą, trzymając kieliszek,
Wiem: o innej formie nikt tu nie chce słyszeć).

Jednak jestem spokojny. Nie istnieję – niemal –
Zatem nie mnie historia wbije w piersi medal.
Promyk trucizny słońca zabarwionej mleczem 
Przetnie martwą skórę skażoną powietrzem. 







wtorek, 24 maja 2022

*** (Tańczy nurt na kamieniach…)

 
Tańczy nurt na kamieniach
czas się w wodę zamienia

Mija strumień polany
świecą w mroku ekrany

Tamże owce już strzygą
wszystko oddać chcą strzygom

Za połówkę halerza
byle spiryt się przeżarł

Tamże strzygą barany
wełnę kładą na rany

Biel w potoku wypiorą
na pierś wdzieją upiorom

Zszytą pamięć po kuli
kułak ognia otuli

Wzdłuż sytego milczenia
płynie nurt po kamieniach

Kędyś w ciemnej dolinie
u początku i ninie






czwartek, 5 maja 2022

Idąc po śniegu

 
Idąc po śniegu – który
zaległ dziś w niewielkim ogrodzie
łączącym postrzępiony smutek
czterech czy pięciu
bloków w jednolite
przedmiejskie tristia –
starałem się wkładać stopy
w ślady nieznanego zwierzęcia,
nocnego zbłąkanego psa, jak przypuszczam.
Moje podeszwy
były znacznie większe niż te,
rozrzucone w dziwnym porządku,
ciemniejące tropy; musiałem
stawać na palcach,
by ich nie zadeptać jak małych
cichych owadów. Więc
miałem, być może: nadal mam,
przewagę. Nad warstwą śniegu
unosił się wciąż
oddech torujący drogę
do sekretów skostniałej ziemi
i latarnia stygła
w wiecznym ukłonie, który
zauważyłem dziś po raz pierwszy,
patrząc, jak jej cień zagarnia ślady
do zbioru mającego za nic
każdą możliwą tu jeszcze
część tak bardzo wspólną. 








środa, 27 kwietnia 2022

Jaskółka buduje gniazdo


Ukroiwszy solidny kawał błękitności,
niemal zamarła. Wszystko to widziałem,
stojąc u stajen. A potem wleciała,
niszcząc nieśmiały obraz. Tamte
drgające, głodne pociągnięcia pędzla
na szkle dnia gorącym, płynnym prawie! Dla niej
nie były chyba pierwszyzną; a zatem
wprawa w mijaniu przeszkód i ów transport
tego, co brzydkie, szpetne już na wieki
imponowały świadkom: drzewu i kamieniom.
Te pęczniały w złości – nie móc o czymś mówić!
Upadek z lotem, w więzi pożądania,
zawsze czekają, by skoczyć do gardła.
Może już toczy się ta walka, kiedy
nurt snu lepi oczy mułem nocnej rzeki.
Brud glinnych spoiw wokół wrzaskliwego
ciepła narastał. Przesłoniłem oczy;
przygarażowa sadzawko Siloe!
Nie wracaj wzroku, gdy razem z jaskółką
znaki kreślimy w powietrzu i w ziemi,
po kostki gasnąc w promienistym świetle
w ten dzień budowy gniazda – zaślepieni. 













 

wtorek, 5 kwietnia 2022

Na równinie

 
Tu, gdzie spotkaliśmy się wszyscy,
na równinie wypełnionej
jak w arce wszelkimi głosami, lecz brzmiącej
jednako, przyjęliśmy za swoją jedyną siłę
krzyk, tłumiący tak samo
szum wiatru w koniczynie, odgłos
samotnej kropli, chwasty, ciernie, winne i niewinne.
Nie nauczyły nas niczego
reguły poetyki krzyku
zgromadzone w kilkudziesięciu grubych tomach
stuleci z przypisami i stosownym komentarzem.
Nie nauczyły niczego
żadne ofiary, bo jak oduczyć żyjących
pieśni instynktu i biologii.
Krzyk sprawia, że głuchniemy,
upojeni nim, dzicy.
Wystarczy nam już sam ruch warg,
ciemne tu i teraz
na równinie bez dnia i nocy,
gładkiej i zimnej
jak żelazo księżyca.