wtorek, 20 września 2022

W oknie

 
Pejzaż znad okularów wygląda inaczej;
jedną z możliwych przyczyn jest nadmiar pasteli,
co już dawno trafiłoby na listę sztrafów i wykroczeń,
gdyby nie krótkowzroczność jakichś oficjeli.

Mimo to spoglądamy w tę mniej konkretną stronę
świata z ciekawością, gdy tymczasem wsparte
wiatrem nuty cavatiny stają w chybotliwym pionie
niczym dym przy butelce trzymający wartę.

Nie w pochwałach się miasto rozpływa więc, ale
na skutek opisanej przez lekarzy wady
i topnieje w ceglanym niebie jak morale
ubłoconych żołnierzy w okopach, gdy zdrady

dopuszcza się właśnie własny sztab. Patrz, jastrząb
kołuje nad płaszczyzną łąki za osiedlem,
geometrii wyostrzając formy, nim zagasną
w zgliszczach mroku na zawsze. Popielica biegnie

wskroś zieleni ku wilgoci liści – namiastce schronienia
i dzień przesiąka przez sito gałęzi: rozwodniony, miękki,
zostawiając nas bezradnymi wobec tego, co na przemian
karmi szczęściem i smutkiem – przeważnie z drugiej ręki.






 

wtorek, 30 sierpnia 2022

W tych wszystkich dniach, wszystkich godzinach

 

Cóż było w tym wszystkim, na co tak zachłannie
patrzyliśmy? W tych wszystkich dniach, wszystkich
godzinach, w wielu nazwaniach jednej rzeczy,
co często bywa jedynie usprawiedliwieniem
siebie, w biegnącej rzece, w wodach stojących lub
podchodzących pod domy o falistych dachach, rozkołysanych
jak barki; w kolorach, które zamykają mowę, również
i w samej mowie, nawet nieporadnej
mowie dziecka, w bezbronności wszystkiego, co przyszło;
w przeszłości, będącej koronnym dowodem
na rozliczne nieprawości czasu, w jałowości naszych pustyń
o zimnym poranku, gdy ciało pragnie głodu,
w bujności deszczu zabijającego ptaki – cóż było
w tych wszystkich dniach, wszystkich godzinach, kiedy
dostrzegaliśmy ów ład, który każe
przytulać policzek do zwątpienia,
chłodzić skroń w cieniu pewności? 








środa, 20 lipca 2022

Znak


Zapamiętałem wszystko, zbyt wiele.
Ruchliwy tatuaż gołębia
Na ramieniu katedry. Czarne góry przychodzące
Znikąd. Zdanie po zdaniu stwarzałem to
W trybach zegara, wśród twarzy
W bizantyńskim złocie. W morzu,
Gdzie ciemnowłosa drobna dziewczynka
Znajduje zawsze jedną
I tę samą muszlę. Oto
Statek podnosi żagle.
Pamiętam,
Wbrew obietnicom. Wbrew ostrzeżeniom
Ksiąg pisanych latami
I zastygłych w papierowym szkle.
W popielniczce o kształcie serca
Połyskują pestki wiśni
Niesione falą srebrzystego przypływu. Znak,
Którego obiecałem sobie nigdy nie odczytać. 







środa, 13 lipca 2022

Wieczorna pocztówka

 
Ci z przedmieść
nie zdążyli jeszcze wrócić
z miasta; tramwaje
rozwożą puste światło, a niskie
domy niszczeją samotnie, z godziny
na godzinę coraz bardziej
nietutejsze. Niedaleko
stąd na bocznicach kolejowych
łoskot podrywa się do lotu
i spada. Ci z przedmieść
niosą w sobie
muzykę. Ich melodie
są starannie wygładzone.
Niebieski tramwaj
przywiezie ich do czyśćca. Za chwilę
mrok pochłonie
roztańczone sylwetki. Ukłucia papierosów
wwiercą się
w twardą noc.



























piątek, 24 czerwca 2022

W galerii

 
Wśród przejść poczynionych specjalnie
na użytek wizytujących – między
przegrodą z regipsu a dwojgiem
ludzi zatopionych w rudziejącym pejzażu,
gdzie rozbłyska gwiazda na granatowym niebie
i coś potężnieje na granicy planów.
Właśnie tutaj jesteś: w wiecznym pomiędzy.
Na granicy. Za chwilę
wyjdziesz na ulicę, unosząc w splotach nitek
swojego ubrania resztki zapachu farb
i skóry modelek. Będziesz stał bezradny,
naznaczony przez ciężkie płatki słońca.
W końcu ruszysz przed siebie wąwozem, znowu
pomiędzy. Wystawy będą obiecywać,
pierwsze lampy o chwiejnych żółtych słupkach
odetchną z ulgą po męczącym dniu
bezczynności. Będziesz śledził
tych wszystkich, którzy
śledzili ciebie. Krok po kroku, gest
za gestem, przez całe stulecia. Istniejąc
w zasadzie już tylko
w obrazie widzianym
kilka godzin temu, z ulgą
przyjmiesz rozlewający się wieczór.
Coraz bardziej
między twardą bramą drzew
po prawej a mglistością tego,
co zawsze było
mniej lub bardziej poza. 







czwartek, 2 czerwca 2022

Petroniusz dyktuje


Żyliśmy tu i ówdzie i tak jak się dało.
Nic w nas nie zasłużyło na miano „doskonałość”.
Tunika była tkana na pokurczy miarę.
Taki los: ni w nagrodę, ani też za karę.

Patrzyliśmy jak burza rozrywa niebiosa,
Bardziej doglądając, aby pieśń miłosna 
Miała wyrazisty rytm i błysk jedwabiu.
I sen ten, trzeba przyznać, nigdy nas nie zawiódł.

Przychodził, kiedy trzeba. Kleił zgasłe oczy.
Księżyc wschodził nowy. Świat bez nas się toczył.
Uważać trzeba było, by nie zgasnąć w sobie,
Kontemplując horyzont odziany w żałobę.

Lecz i na to się rychło znalazło lekarstwo,
Odkładane przez lata wciąż warstwa za warstwą,
Aż powstała skorupa. Popioły wystygłe.
Nie jest chlubą bezczynność, ale też nie wstydem.

Powstawały fortuny, umierały duchy.
Po zjawie nikt nie płacze. To sprawa kostuchy.
Lecz któż o śmierci myśli, ciało mając młode?
Tylko przez to, że żyjesz, czekasz na nagrodę.

Znosiliśmy z godnością rządzących kaprysy,
Bardziej od sztyletów ceniący napisy
Na sypiącym się murze – nawet tu spóźnieni.
Twarz poorzesz bruzdami, ale dat nie zmienisz.

Upadały idee, wyła wojna wilcza
Tuż pod bokiem posągów. Ale marmur milczał.
Donosili posłańcy o kolejnej rzezi.
Zasada wzajemności. Krew w kolorze miedzi.

Tak czy owak, historia dotknęła nas lekko:
Ot, muśnięcie niewarte, by stać się piosenką
Choćby. (Teraz zresztą, trzymając kieliszek,
Wiem: o innej formie nikt tu nie chce słyszeć).

Jednak jestem spokojny. Nie istnieję – niemal –
Zatem nie mnie historia wbije w piersi medal.
Promyk trucizny słońca zabarwionej mleczem 
Przetnie martwą skórę skażoną powietrzem.