Zapamiętałem wszystko, zbyt wiele.
Ruchliwy tatuaż gołębia
Na ramieniu katedry. Czarne góry przychodzące
Znikąd. Zdanie po zdaniu stwarzałem to
W trybach zegara, wśród twarzy
W bizantyńskim złocie. W morzu,
Gdzie ciemnowłosa drobna dziewczynka
Znajduje zawsze jedną
I tę samą muszlę. Oto
Statek podnosi żagle.
Pamiętam,
Wbrew obietnicom. Wbrew ostrzeżeniom
Ksiąg pisanych latami
I zastygłych w papierowym szkle.
W popielniczce o kształcie serca
Połyskują pestki wiśni
Niesione falą srebrzystego przypływu. Znak,
Którego obiecałem sobie nigdy nie odczytać.
środa, 20 lipca 2022
Znak
środa, 13 lipca 2022
Wieczorna pocztówka
Ci z przedmieść
nie zdążyli jeszcze wrócić
z miasta; tramwaje
rozwożą puste światło, a niskie
domy niszczeją samotnie, z godziny
na godzinę coraz bardziej
nietutejsze. Niedaleko
stąd na bocznicach kolejowych
łoskot podrywa się do lotu
i spada. Ci z przedmieść
niosą w sobie
muzykę. Ich melodie
są starannie wygładzone.
Niebieski tramwaj
przywiezie ich do czyśćca. Za chwilę
mrok pochłonie
roztańczone sylwetki. Ukłucia papierosów
wwiercą się
w twardą noc.
poniedziałek, 27 czerwca 2022
piątek, 24 czerwca 2022
W galerii
Wśród przejść poczynionych specjalnie
na użytek wizytujących – między
przegrodą z regipsu a dwojgiem
ludzi zatopionych w rudziejącym pejzażu,
gdzie rozbłyska gwiazda na granatowym niebie
i coś potężnieje na granicy planów.
Właśnie tutaj jesteś: w wiecznym pomiędzy.
Na granicy. Za chwilę
wyjdziesz na ulicę, unosząc w splotach nitek
swojego ubrania resztki zapachu farb
i skóry modelek. Będziesz stał bezradny,
naznaczony przez ciężkie płatki słońca.
W końcu ruszysz przed siebie wąwozem, znowu
pomiędzy. Wystawy będą obiecywać,
pierwsze lampy o chwiejnych żółtych słupkach
odetchną z ulgą po męczącym dniu
bezczynności. Będziesz śledził
tych wszystkich, którzy
śledzili ciebie. Krok po kroku, gest
za gestem, przez całe stulecia. Istniejąc
w zasadzie już tylko
w obrazie widzianym
kilka godzin temu, z ulgą
przyjmiesz rozlewający się wieczór.
Coraz bardziej
między twardą bramą drzew
po prawej a mglistością tego,
co zawsze było
mniej lub bardziej poza.
czwartek, 2 czerwca 2022
Petroniusz dyktuje
Nic w nas nie zasłużyło na miano „doskonałość”.
Tunika była tkana na pokurczy miarę.
Taki los: ni w nagrodę, ani też za karę.
Patrzyliśmy jak burza rozrywa niebiosa,
Bardziej doglądając, aby pieśń miłosna
Miała wyrazisty rytm i błysk jedwabiu.
I sen ten, trzeba przyznać, nigdy nas nie zawiódł.
Przychodził, kiedy trzeba. Kleił zgasłe oczy.
Księżyc wschodził nowy. Świat bez nas się toczył.
Uważać trzeba było, by nie zgasnąć w sobie,
Kontemplując horyzont odziany w żałobę.
Lecz i na to się rychło znalazło lekarstwo,
Odkładane przez lata wciąż warstwa za warstwą,
Aż powstała skorupa. Popioły wystygłe.
Nie jest chlubą bezczynność, ale też nie wstydem.
Powstawały fortuny, umierały duchy.
Po zjawie nikt nie płacze. To sprawa kostuchy.
Lecz któż o śmierci myśli, ciało mając młode?
Tylko przez to, że żyjesz, czekasz na nagrodę.
Znosiliśmy z godnością rządzących kaprysy,
Bardziej od sztyletów ceniący napisy
Na sypiącym się murze – nawet tu spóźnieni.
Twarz poorzesz bruzdami, ale dat nie zmienisz.
Upadały idee, wyła wojna wilcza
Tuż pod bokiem posągów. Ale marmur milczał.
Donosili posłańcy o kolejnej rzezi.
Zasada wzajemności. Krew w kolorze miedzi.
Tak czy owak, historia dotknęła nas lekko:
Ot, muśnięcie niewarte, by stać się piosenką
Choćby. (Teraz zresztą, trzymając kieliszek,
Wiem: o innej formie nikt tu nie chce słyszeć).
Jednak jestem spokojny. Nie istnieję – niemal –
Zatem nie mnie historia wbije w piersi medal.
Promyk trucizny słońca zabarwionej mleczem
Przetnie martwą skórę skażoną powietrzem.
wtorek, 24 maja 2022
*** (Tańczy nurt na kamieniach…)
Tańczy nurt na kamieniach
czas się w wodę zamienia
Mija strumień polany
świecą w mroku ekrany
Tamże owce już strzygą
wszystko oddać chcą strzygom
Za połówkę halerza
byle spiryt się przeżarł
Tamże strzygą barany
wełnę kładą na rany
Biel w potoku wypiorą
na pierś wdzieją upiorom
Zszytą pamięć po kuli
kułak ognia otuli
Wzdłuż sytego milczenia
płynie nurt po kamieniach
Kędyś w ciemnej dolinie
u początku i ninie
czwartek, 5 maja 2022
Idąc po śniegu
Idąc po śniegu – który
zaległ dziś w niewielkim ogrodzie
łączącym postrzępiony smutek
czterech czy pięciu
bloków w jednolite
przedmiejskie tristia –
starałem się wkładać stopy
w ślady nieznanego zwierzęcia,
nocnego zbłąkanego psa, jak przypuszczam.
Moje podeszwy
były znacznie większe niż te,
rozrzucone w dziwnym porządku,
ciemniejące tropy; musiałem
stawać na palcach,
by ich nie zadeptać jak małych
cichych owadów. Więc
miałem, być może: nadal mam,
przewagę. Nad warstwą śniegu
unosił się wciąż
oddech torujący drogę
do sekretów skostniałej ziemi
i latarnia stygła
w wiecznym ukłonie, który
zauważyłem dziś po raz pierwszy,
patrząc, jak jej cień zagarnia ślady
do zbioru mającego za nic
każdą możliwą tu jeszcze
część tak bardzo wspólną.
