piątek, 20 lutego 2026

Notatki o liryce

 
Licz zadrapania na podróżnej torbie i płaszczu,
nacieki deszczu, który spadał nagle
i nagle nikł. Licz. Teraz, później.
Stare miasta z wieżami schowanymi w mgle.
Przeludnione dworce i wyludnione wioski.
Policz mieszkańców Wysokich Zamków,
licz ich imiona, wersy ich samotnych pieśni.
Licz ślady owoców, które spadają nad ranem,
zostawiając miękkie wgłębienia, tam
gdzie upadły, i przeraźliwą pustkę
na wysokości gałęzi. Licz. Wyschnięty,
jałowy i w przypływie natchnienia,
o którym wiadomo, że jest darem niebios.
Licz kroki, które dane ci było wykonać
między oknem a drzwiami. Tym, co jedynie
widziałeś, i tym, czego mogłeś dotknąć.
Między świtem a południem.
Między myślą a słowem.
Między stuleciami. Licz.

Weźmiesz torbę podróżną, płaszcz.
Sam będąc policzony. Z drżącymi rękami
opiszesz jeszcze raz to wszystko, co policzyłeś,
gdy pierwsze litery znów będą stawiane
przez ciebie i dla ciebie na mokrej ulicy,
kanciaste lub okrągłe jak okruchy.
Nadal niepewne. Wyrzucone,
bo drapały w wiecznie nienawykłym gardle. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz