sobota, 7 marca 2026

Wiersz wiosenny


Co widzisz, gdy oślepia cię jasny poranek
wiosną? Kiedy drżące, zamazane kształty
odkładasz po kolei na potem. Pod kranem
zwilżasz twarz, spłukując z niej mrok, i swój zdarty
głos naprawiasz strofami z antologii „Jutro
w poezji stulatków”. Po co patrzeć w lustro,

gdy w kamieniach na ganku także dojrzysz zarys
siebie pod postacią cienia. W jaskrawości
dzień rozmywa się, dzieli i tak jak opary
benzyny mgli światło. Co z dużą łatwością
tłumaczyć chce zmęczeniem lub snu niedoborem
splot krwi ikaryjskiej, nieodkryty w porę.

Wychodzisz wprost w tę jasność. Ulice, witryny
sklepów ze sportowym obuwiem, szylkrety
płaszczy, biel koszul i krawaty z grenadyny
prowadzą ku miastu. Jak łatwo ulepić
taki model żywota, plastyczny posążek
przerzucać z rąk do rąk… I kto by tu orzekł

że są gdzieś wiosny inne – błądzi nieświadomie.
Sceneria jedynie zmienia się, albowiem
z czasem opuścić musisz podbite kolonie,
miast kruszców wywożąc kłopoty ze zdrowiem,
starość, której nie leczy sulfametoksazol.
Idziesz w mgle, niejasny, lecz z widoczną skazą. 







 

piątek, 27 lutego 2026

Następna stacja, chłopcy



Tak więc, skoro wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej, w ten
czy inny sposób odeszli i poukładani na miejscach jak przedmioty, którym
odjęto kończyny i możność krzyku,
więc skoro tak jest, możemy zedrzeć z gardeł dawne plakaty. Palce bębnią po blaszanym pudełku z piramidami. Szyba przemaka od widoków. Pierwszy ciepły deszcz. Rośnie wieczór.
Przyciągam go ku sobie. Drży jak zatrwożone zwierzę.


chmiel się dziki wraz z mgłą podnosi z ruin łąki wełnianych
święci w bieli przydrożnej modlą się za nami


Powiedziałeś wtedy: chętnie zapisałbym się
do jakiejś partii, mam w sobie
tyle zapału i siły! To brzmiało tak, jakby powiedziała
to jakaś dziewczyna: Muszę cię kochać! Mam w sobie
tyle miłości! Pozbawione służby pałace idei
stały otworem. W głębokich wykopach, gdzie bawiliśmy się
w wielką bitwę, gęstniał mrok, sypki do tej pory
jak igliwie. Mówił
Piłsudski: panie hrabio, a hrabia
Skrzyński mógłby nam to, słowo
daję, powtórzyć wtedy przy cienistej piramidzie z dziadkowego pudełka
po papierosach, więc Piłsudski mówił: najprostszy
jest program tej partii, bić
kurwy i złodziei. I znowu ty: mam w sobie
tyle zapału! A potem jedni
wyrośli i marynarki stały się
za małe, inni przeciwnie: tonęli
w miękkich zawojach i trzeba
było ich odsączać, wyżymać,
aż w końcu łapali
głębszy oddech. Los się wyostrzał
na swych końcach, jak bywa tylko
latem, gdy nozdrza wyparskują
gliniastą wodę wprost pod
skrzydła ważek.


I to mi się podoba, powiedziałeś.


Trudno. Zwinięty w kłębek jak smutek starych kobiet,
którym los nie poskąpił niczego i niczego nie dał
na zawsze, odpoczywam w cieniu
czarnych gałęzi, w cieniu pęczniejących słów. Trudno.
Trudno jest mówić o czymś, co
przekształca nasze kości w fundament i jest
jak deszcz. Ale czy ktoś tego wymaga? Mucha rozpaczliwie
walczy o życie w kwaterze okna. Nie mogę jej pomóc, ale
wątpię, czy ona tego oczekuje. Nie umiem pomóc
nikomu. Ściana jest zimna. Powietrze dotyka jej nieśmiało. Wiatr potrząsa
okiennicami na górze, jakby chciał postrącać dawno zjedzone
owoce. Słońce wyślizguje kamienie ulicy i jest jedyną muzyką
tego dnia. W sąsiednim budynku ktoś tłumaczy głośno
opowieść o miłości, zemście i łodziach płynących przez cieśninę. Wkrzykuje pojedyncze słowa w wąską szyjkę szklanej ciszy. To tłumaczenie
dobre jak każde inne. Trudno. Trudno. Obłoki zderzają się
ze sobą i dziurkują ten naświetlony kwadrans, kiedy patrzę
jak zakurzona ulica podnosi się ku utrapieniu
zmęczonych psów. Jeszcze jeden wysiłek.


czekaj mnie tam gdzie błękitny ziemia olej zasysa
gdzie spojrzenia zrzucają łuskę ciemną i cień ich zakwita w pryzmach


Radomskie i gauloisesy przegrywające walkę
z płomykiem zapalniczki w zakolu rzeki;
płacz murów w samotności zimnej jak schody liceum;
delikatny, wilgotny maj i muzyka na rynku.
I autobus wiozący nas w zimne kraje. Pasażerowie nocnych kursów,
pomimo wiosny wciąż zagubieni w pierwszym,
zbyt szybko wirującym śniegu.
Ptaki, brzęczące monety, przesypywały się
po kieszeniach parku.
Piliśmy podle, ale za to dużo, chcąc dorównać starszym,
ich problemom, bezradności, ostatecznemu zwycięstwu,
ostatecznej klęsce.
Słyszeliśmy o walce. Ale
łatwiej żyć przeciw wszystkim i wbrew sobie
niż w pustce.
Potem ta wojna. Kraj, który kochaliśmy
za pierwszą celuloidową nagość
usychał, wilgotny od gorącej krwi.
Ruiny wciąż będą grzać się w upalnym, obojętnym słońcu; w uśmiechach
zamieszka krztusząca pamięć. Spojrzenia zgwałconych
są twarde jak warunki kapitulacji; strach
ma wielkie oczy
ekshumowanych czaszek. Wóz transmisyjny
na tle zimnych ogni, codzienna korespondencja
z pieczołowicie uprawianego pola walki. Miękkie nazwy
świszczą jak pociski.
Lecz na razie
piętrowy pociąg przetacza się
jak chłopięca zabawka przez zimne poranki. Nikt nie pyta, czy to
ucieczka. Na razie wszystko jest kilkoma nutami, rymem, spojrzeniem
oczu. I błękitem
przebitym zielonym, ostrym grotem
rzeki, która nigdy już do nas nie powróci.
My jednak, oczywiście,
zdążymy przed następną stacją.
Na następnej stacji nic się nie wydarzy. Ani na następnej, wiadomo
już, że na nic nie można liczyć. Więc na co jeszcze czekamy? Czas opisywany
przez żółte jednostki pociągu. Pachną liście palonej na blasze akacji.


Piosenka „Bosnia” Cranberries
i „Piosenka o Bośni” Brodskiego wycięta
z kolorowego magazynu. Wiosna
zabiera nam wszystko i niesie ze sobą.
Dorosłość.
Nicość.
Zdumione spojrzenia świętych.


Więc to były te czasy; marzenia kupowane
w cenie gazety z czerwonym znaczkiem gratis. Llach
krzyczał ze sceny: Jestem socjalistą! Wszystko było jednolite
i pogodne. Deszcz słońca. By dostać się na górę, trzeba
trochę wysiłku; rowery są bardziej zmęczone niż my. Zwycięstwo człowieka
nad maszyną. Arka żyje! Spalone plecy nie są po to, by przyjmować batogi, nie jesteśmy
niewolnikami, do cholery!


a jak się nazywasz jak się nazywasz nie pamiętasz nie wiesz a oni
też nie wiedzą ruscy sprzedają wódkę pod kapslem na placu z warzywami


Wróble przestępują niecierpliwie z nogi na nogę po cienkich
piszczałkach gałęzi. Ich rejwach przybiera
kształt kuli. Wystarczy spojrzenie, by potoczyła się, swobodna,
ku rzece. Wspiąć się jeszcze wyżej, między druty telefoniczne, by pchnąć
ją jeszcze dalej. Wiatr wdziera się w kominy i wtedy mówią: straszy.
Ciężki zapach oleju osiada na zieleni jak tłusty cień. Brniemy w nim
po łydki, by odkupić swe ciała w woni biblioteki. I znowu
ptaki. O szklanych oczach. Błysk paciorków wkręca się we włosy jak
zasuszony nietoperz. Niewielkie szanse na ratunek; zresztą i tak
porwą nas mamuny. Mamuny! Boisz się, prawda? Więc wolisz
wbiegać w światło. Dzień po dniu. Promień po promieniu. Zostać spalonym
i tylko tak uchować się. Ocalić w słowach? Rzeka jest gęsta. Po latach
sprawdzisz, czy równie gęste jest twoje ciało. Czy palec przechodzi przez otwartą
dłoń. Zdziwisz się, że jednak nie udało ci się wspiąć
na najczarniejszą z gór. Dzień stacza się po łagodnym
zboczu. Powtórzysz: liczy się wybór, nie pochodzenie. Nie pochodzimy z wierszy.
Musimy je sobie wybrać. Pozwolić, by one wybrały nas. Wchodzimy
po drewnianych schodach, by dotknąć dziecięcego łóżeczka. Jest
białe i pachnie zimą. Schody, gdy wracamy, skrzypią
jak bezbarwne sny. Jeszcze niepomalowane.


Ślady naszych butów zostają na
deskach schodów. My unosimy
wbite w podeszwy drzazgi. Kłuje nas
śpiew słów.


Noc chwieje się na wątłych kolumnach letniego ciepła. Wróble
poznikały już, syte: serweta pozbawiona błyszczących nici. Pustka. Coraz
później wracają do domu nawoływania rodziców. W kuchni
rumienieją bochenki szczęścia i miłości. Dojrzewa oczekiwanie. Szorstkość
dłoni zawstydza skórkę chleba. Ale chleb jest gorący. Koty idą
zawładnąć bez reszty ulicą. Nad ranem
ich pragnienie wolności, zniewolenia i władzy odsłoni
poszarpany nerw, krwawy plusz na fotelach
niezwykłego teatru. Jeśli chcesz napić się kawy,
jest tam gdzie zwykle.


Nie wiem, kiedy przybyły po mnie te okręty;
nie pamiętam wzburzenia wód, zapachu szałwii.
To był być może sen, który spada z gór
i zawłaszcza doliny. Powiadali najstarsi,
powiadali mądrze: twoje dłonie są zbyt zimne,
a tamte kamienie robią z powietrza popiół. Jak sobie
poradzisz?


na taśmie pod doorsami king crimson usłysz czyje na wierzchu
upał prześwietla płuca głosy ognia wiszą w powietrzu


Zadanie w sam raz na koniec wieku: przeczytać
wszystkie książki o anarchistach. Wykupić roczną prenumeratę
maćpariadki. Potem możemy iść nad rzekę i zrobić coś
dla swojego dobrego samopoczucia: świat na chwilę zastygnie,
z pewnością nie wydarzy się nic ważnego.
Każdy świt spłyca koryto rzeki. Ochronić
siebie. Zadanie w sam raz na całe życie.


Wydry z błotnych domów wiedzą, że nie ma ratunku.
Słońce zachodzi na ruską modłę, domy kipią
od dostatku elektryki.


Ja skaczę jeszcze po kamieniach, ale ty
siedzisz aresztowany przez policję z Miami.
Spokojnie, Don Johnson jest w porządku,
nawet jeśli nie jest podobny
do tego na ręczniku. Więc jak to tam było? Przeczytać
ile się da wierszy o anarchistach, zapłacić
za półroczną prenumeratę maćpariadki. Czego nie robi się
dla siebie, świata i pieśni.


Kiedy do ciebie dzwonię, odpowiadasz: straszny tu huk, i słyszę
prossima fermata, tak, potwierdzasz, dzisiaj
znowu deszcz, więc umawiamy się na twoje
najbliższe wolne, wiesz, jak przygnębiający
potrafi być deszcz, pewnie, pocieszam cię, wiem co nieco o deszczu
i jego podchodach, potem żegnamy się, bo musisz wysiadać,
cała rozmowa zresztą jest zbyt droga na moje i twoje
rozrachunki.


Zapałki ścierniska podpalają lato; ulep z ognia
kulę, znowu kulę, z ognia rozpiętego na grochowych tyczkach. Tutaj są
twoje wiersze, zakopane w ziemi niewielkie ziarno. Krzak agrestu
stoi na straży: jałowy, wyschnięty. Co cię popchnęło
ku tamtej wysokiej zieleni? Za murem
ścieżka wzdłuż cegieł, śluz ślimaka znaczy drogę
lepkiego cierpienia. A może po prostu: losu?
Trzeba przeczytać ten akapit o anarchistach. Czy ktoś
może pożyczyć maćpariadkę?


Swój poemat
wciąż niesiesz w otwartych ze zdziwienia ustach.
Gdzie twoje białe kamienie
gorzkie od oczekiwania?


Słyszałem, jak modlisz się:


poeci dżinsowi, poeci numerowanych ulic, ci
śpiewający pieśni o deszczu lub
przybyciu świtu, poeci z krwią ciemną jak pożądanie
i ci od języka nacinającego przedramiona jak
szkło rozgrzanej żarówki, poeci wiozący swe wiersze na wozach
niczym uschłe czerwcowe siano, poeci pustych studni Beskidu, poeci goryczy
i goryczki, poeci bibliotek, knajp i świątyń, które nieraz
stawały się jednym, poeci przeżytych bombardowań, którzy
nie znają się już na życiu, bo przeżyli śmierć, poeci
pchnięć sztyletem, poeci w marynarkach i kraciastych
koszulach, poeci pogranicza, interioru, krawędzi, poeci
kruszcu i nieczystości. Poeci tęsknoty. Poeci cichych strun, nieustannej
strony biernej, poeci oddania i zaboru. I ty, poeto
obozów, którego gaz dopadł
później, później, później. Również ty, poeto
zmieniający San w wody Jordanu. Poeto tysiąca wysp, opływanych
przez ciebie na jednoosobowym kutrze kalectwa, poeci
zielonych widziadeł, Admirale
Armady Dumnych Żagli, polscy poeci obojętnego
Paryża, poeci języka, który zaczął zabijać
wkrótce po waszej śmierci, Grecjo poetów, Omonio poetów,
poeci wysiedleni z rodzinnego snu, poeto dwóch kontynentów i jednego
niekończącego się poematu, poeto owocu, poeci
opowieści ciepłych jak dłoń dziecka, poeto Rzymu
i nadziei, poeci autostrady.


Ocaliliście nas?


Mówiłeś: żeby opisać wiewiórkę,
musisz widzieć wiewiórkę. Żeby
opisać koszulę, musisz
zranić jej splot i patrzeć. Żeby
opisać człowieka, musisz
włożyć palec do jego boku.


Wciąż uczę się opisywać śnieg; rozpływa się
w moich słowach.


Więc wzrastaliśmy w niesytym szlochu rozedrganych poematów. Kiedy
spadł zupełnie zielony liść – byliśmy na to przygotowani. Pewnie, że chcieliśmy
być osadnikami, ale rola odległych obserwatorów
musiała nam wystarczyć. Patrzeć z odległej przystani, jak tonie
i wynurza się wyspa. Jak porasta na przemian białą falą i mchem
barwionym krwią delikatnych delfinów. Mogliśmy co najwyżej przerzucić nad
sztachetami fabrycznego płotu czystą koszulę. Czysta koszula dla ojca. Czysta koszula dla brata. Tylko czystą koszulę. Nie przynoś mi nic więcej,
tylko czystą koszulę.


nie czekaj nie wychodź po mnie na dworzec tam z nieba smoła
pada w gardła piekące okruchy przynosi drapieżny ptak na stoły


Ktoś jednak zwyciężył. O, słodcy bohaterowie,
zawieszeni na akselbantach u lepkiego dworu! Jak bardzo
jesteśmy szczęśliwi, mogąc z wami świętować!
Ze spokojem rozcieram dziś w brudnych od gliny dłoniach
waszą pogardę dla tamtego
spoconego płótna. Dla ciemnej od wysiłku koszuli. Jestem spokojny. Wolę
niezabudowane pejzaże. Granat morza. Biel żagli. Czerń nasiąkłych
wodą i wiekiem desek.
Jasność.
Dlatego patrzę na was dziś ze spokojem.
Nie wiem, kim jestem.
Ale wiem, kim jesteście wy.
Wystarczy mi spokoju. Wcieram sól w każdy fragment
swojego ciała. Wiem, kim dziś jesteście.


Tamten zachwyt!
Czerwona kropla kwiatu
rozkrawa ostrym płatkiem
surową wyniosłość ściany. Biały brzuch
wielkiej ryby zostaje naznaczony. Dachy
cierpią na bezsenność. Lipa przebija
księżyc. Ocal mnie, światło!


Do dziś mówię: miseczki z kolorami.
Ty: fragment fragment!


Po rozwieszonym praniu ślizga się cień samolotu, między
spinacze wczołguje się zapach winogron i dzikiej, psiej mięty. Skrzydła
z ciemnego lekkiego sukna obmacują szare biustonosze, w których jeszcze
tli się cisza pory karmienia. Ale
ciepło zostało skradzione. Co mogłoby je zastąpić? Jasnobrązowe igły
na szarej łusce ulicy, niezależnie od pory roku. Ten sam od lat
staruszek pyta o drogę do tartaku. Nigdy jej nie zapamiętuje. Jest
szczęśliwy. W otwartym oknie nad pocztą młoda dziewczyna pije z butelki
słodycz dnia. Wieniec pszczół mosiężnieje nad jej głową.


I noc.


Niskie domy wysyłają swój flagowy sygnał: koszule
machają rękawami w niemej rozpaczy, chustki
poddają się podmuchowi z grzeszną radością. Zaczęło się.
Ale sznury wiszą nietknięte. To nie jest prawdziwa burza. To nie jest
prawdziwy wiatr. Sznury są mocne. Co możesz
wystawić przeciw nim? Przekleństwa i poezję. Poezja
rozcina na części tylko ciebie. Tylko twoje ciało jest
wleczone przez nocną pustynię, skrajem pragnienia. Sznury
są mocne. Tak. Teraz schnie na nich twoja młodzieńcza radość. Kiedy
poczujesz się oszukany, nie wykupisz biletu na pociąg. Wsiądziesz i rozłożysz ramiona.
To będzie twoja okrutna zemsta dziecka. Chcę, żeby było jak przedtem. To znaczy: żeby
długie zielone trawy były ostre i kaleczyły nas, wysychających po kąpieli. Żeby pokrzywy udzielały nam piekącego chrztu. Ciepło jabłoni ścieka w ziemię i czyni ją słodką.
Kopiąc swój grób, udajesz, że szukasz skarbu. Dotykasz twardego sznura sprzed
dwudziestu lat. Wygląda jak tyczka trzymająca ściany budynków. Przyczepiasz
na nim swe dziecięce rysunki. Samolot leci. Statek płynie. Pies szczeka.


Już rozumiesz.


Idziesz świętować.
Na plecach mokra koszula.
Ona nigdy nie wyschnie.


Panna młoda
z bukietem anten satelitarnych
marzy o samotnej kolacji.
Tafta podeszła wodą.
Świat puchnie.


tu wiatr ściera drzewom co wieczór linie papilarne
tyle świata mojego jest ile dla mnie słowo zagarniesz


Zawsze używaj tej kredki czy piszesz usta ikonę brwi horyzont książkę a wytłumaczy cię przed tobą wytłumaczy cię Pan Niebieski otuli cię oddzieli cię od plew od życia od wspomnień w rękaw gruby bezpieczny cię zgarnie nowy świat zlepi z ciebie i twojej byłości byś swobodnie znów marniał w ojcowiźnie marniał i mogli z ciebie i ciebie tkać na tamtym krośnie tęgą kredką zaznacz granice swego obozowiska nie pal ognisk nie potrzebujesz ich bo karlałeś w świetle może i byłeś wszystko i żyłeś po wszystko bo i wilgotna jest pełna życia ziemia której strzegłeś.






Pierwsza publikacja miała miejsce w materiałach I Festiwalu Poezji i Form Sieciujących 2013. Polska Blogosfera, Poetry&Paratheater


26 marca 2013 r.

piątek, 20 lutego 2026

Notatki o liryce

 
Licz zadrapania na podróżnej torbie i płaszczu,
nacieki deszczu, który spadał nagle
i nagle nikł. Licz. Teraz, później.
Stare miasta z wieżami schowanymi w mgle.
Przeludnione dworce i wyludnione wioski.
Policz mieszkańców Wysokich Zamków,
licz ich imiona, wersy ich samotnych pieśni.
Licz ślady owoców, które spadają nad ranem,
zostawiając miękkie wgłębienia, tam
gdzie upadły, i przeraźliwą pustkę
na wysokości gałęzi. Licz. Wyschnięty,
jałowy i w przypływie natchnienia,
o którym wiadomo, że jest darem niebios.
Licz kroki, które dane ci było wykonać
między oknem a drzwiami. Tym, co jedynie
widziałeś, i tym, czego mogłeś dotknąć.
Między świtem a południem.
Między myślą a słowem.
Między stuleciami. Licz.

Weźmiesz torbę podróżną, płaszcz.
Sam będąc policzony. Z drżącymi rękami
opiszesz jeszcze raz to wszystko, co policzyłeś,
gdy pierwsze litery znów będą stawiane
przez ciebie i dla ciebie na mokrej ulicy,
kanciaste lub okrągłe jak okruchy.
Nadal niepewne. Wyrzucone,
bo drapały w wiecznie nienawykłym gardle. 







piątek, 30 stycznia 2026

Święto rozbitków

 
Nie masz na tyle sił ani szczęścia, powtarza głos,
i jeszcze: nie zostałeś wybrany.
To prawda. Pochylam się niezdarnie
nad łupkami kory, próbując rozpalić ogień.
Ręce są zgrabiałe, zaciśnięte usta
nie pozwalają mówić.
Nie pojawia się płomień, bezgłośne sylaby
rozcieńcza noc. Ale nie ustaję w wysiłkach, gdy
dalekie morze bije swymi wzniesieniami
o horyzont. Dobrze wiemy: nie przypłyną łodzie,
nie rozpocznie się święto. Nasze imiona
brzmią jak nazwy kamieni lub skał.
Ale to nie znaczy, że jesteśmy opoką.
Jak wyruszyć bez tuniki, bez sandałów,
kalecząc palce
na korze twardej jak wezgłowie dnia.
Nie wyruszysz, zostaniesz,
będziesz śpiewem porannego ptaka, odciskiem w piasku, mgłą.
Świętujmy chwilę, gdy żaden ogień nie płonie. 







czwartek, 15 stycznia 2026

Przy schodach: dziewczynka ze skakanką z dawnej paryskiej fotografii

 
Podnosi ręce, by wykonać
potrzebny ruch: jedyna z grona
szelmowskiej czwórki. Na ulicy
wygrywa ten, kto dobrze liczy:
a w tym mistrzynią jest tu ona,
z nitką skakanki w drobnych dłoniach.

Zlicza podskoki i zamachy,
punkt za oklaski, punkt za zachwyt.
I dzięki niej się to przytrafia,
że znów ożywa fotografia
i udział możesz też wziąć w grach tych
z nieczułym czasem, mrucząc: – Ach, wy,

minionych zdarzeń uczestnicy,
nimfy kąpiące się w miednicy,
książęta zabaw swych udzielni,
ci w pół powszedni, w pół niedzielni,
wy powojennie bladolicy,
ofiary choler, osp, gruźlicy.

Z was jest ta czwórka, a w niej ona:
po mieczu pewnie od Villona,
od matki katedr po kądzieli;
łączy was to, co przecież dzieli –
lat przemiał. Czas z nieuniknioną
pewnością takie zwiększa grono.

Schody wspinają się w obłoki,
poręcze biorą je pod boki,
a ona skacze – nóżka zgięta,
niech taką każdy ją pamięta:
ją – tamtą Kore! Jasne loki
w wieczór wplątują się głęboki.

Szkolne tornistry obok: dary
tej dość naiwnej w przyszłość wiary.
I kwitnie blada twarz Paryża,
i lato co dzień się przybliża;
choć zdjęcie wciąż ma kolor szary,
bielą tnie kadr fasada fary.

A z tamtej czwórki dwoje czyta:
napis ars longa, brevis vita
zdobi okładkę jednej z książek.
Po schodach toczy się pieniążek
prosto pod sandał. Już się wita
z nim ręka sprytna, nim ktoś spyta,

kto właścicielem jest monety.
Milczenie chronić ma sekrety,
zaś prawdy szukać mają słowa,
wciąż zaczynając trud od nowa.
Świadectwo losem jest poety…
Przy tamtych schodach – do plaż Lety. 






piątek, 9 stycznia 2026

Tak, piastunka

 
Tak, piastunka patrzy ci najpierw w oczy,
potem opuszcza starczy wzrok,
szuka znajomej blizny.
Morze w prostokącie okiennicy
kołysze wątły statek,
a ona dotyka poszarpanego ciała.

Jesteś na powrót tym, kim byłeś.
Dla niej znów jesteś tym
bez innych blizn,
bez innych zdarzeń,
bez innych fal.

Dobrze, że jesteś, mówi,
dobrze, że nareszcie
zacząłeś znów być.

Nie opowiadaj, co się wydarzyło.
Niczego nie zmieni twoja długa opowieść.
Morze w prostokącie okiennicy
jest jedyną ważną opowieścią.

Wkrótce dokonasz tego, co musi się stać.
Ale jeszcze przez moment
przytrzymaj rozchybotaną łódź,
blask tamtego poranka,
wędrówkę słońca na białej ścianie.

Obdaruj mnie, prosi, tamtą chwilą,
którą przywiozłeś ze sobą,
przechowywaną z troską
w błękitnym węzełku
pogodnego nieba.






 

wtorek, 9 grudnia 2025

Nie były to łatwe dni


Nie, to nie były łatwe dni, a zresztą
Wolno zmieniając się w tygodnie jakże
Przewidywalny tworzyły marsz – przeszłość
Była w zasięgu rąk: we śnie. Kto wskaże

Przyczynę, która przecież ukryta jest tam,
Gdzie ludzki nie sięga wzrok, nie drży żaden głos…
Nie chmur wszakże, lecz ziemi dotyka ten plan,
Gdzie lata w chłodnym świcie zmieniają się w los.

Bzy zginęły, ugięte w spadłych wczoraj śniegach,
Wody znikły pod lodem, zaciskając pętlę
Na długich, płaskich szyjach wśród pól. Trwało jednak
Coś, co niewysłowione. Zimne, obojętne.