Nie masz na tyle sił ani szczęścia, powtarza głos,
i jeszcze: nie zostałeś wybrany.
To prawda. Pochylam się niezdarnie
nad łupkami kory, próbując rozpalić ogień.
Ręce są zgrabiałe, zaciśnięte usta
nie pozwalają mówić.
Nie pojawia się płomień, bezgłośne sylaby
rozcieńcza noc. Ale nie ustaję w wysiłkach, gdy
dalekie morze bije swymi wzniesieniami
o horyzont. Dobrze wiemy: nie przypłyną łodzie,
nie rozpocznie się święto. Nasze imiona
brzmią jak nazwy kamieni lub skał.
Ale to nie znaczy, że jesteśmy opoką.
Jak wyruszyć bez tuniki, bez sandałów,
kalecząc palce
na korze twardej jak wezgłowie dnia.
Nie wyruszysz, zostaniesz,
będziesz śpiewem porannego ptaka, odciskiem w piasku, mgłą.
Świętujmy chwilę, gdy żaden ogień nie płonie.
piątek, 30 stycznia 2026
Święto rozbitków
czwartek, 15 stycznia 2026
Przy schodach: dziewczynka ze skakanką z dawnej paryskiej fotografii
Podnosi ręce, by wykonać
potrzebny ruch: jedyna z grona
szelmowskiej czwórki. Na ulicy
wygrywa ten, kto dobrze liczy:
a w tym mistrzynią jest tu ona,
z nitką skakanki w drobnych dłoniach.
Zlicza podskoki i zamachy,
punkt za oklaski, punkt za zachwyt.
I dzięki niej się to przytrafia,
że znów ożywa fotografia
i udział możesz też wziąć w grach tych
z nieczułym czasem, mrucząc: – Ach, wy,
minionych zdarzeń uczestnicy,
nimfy kąpiące się w miednicy,
książęta zabaw swych udzielni,
ci w pół powszedni, w pół niedzielni,
wy powojennie bladolicy,
ofiary choler, osp, gruźlicy.
Z was jest ta czwórka, a w niej ona:
po mieczu pewnie od Villona,
od matki katedr po kądzieli;
łączy was to, co przecież dzieli –
lat przemiał. Czas z nieuniknioną
pewnością takie zwiększa grono.
Schody wspinają się w obłoki,
poręcze biorą je pod boki,
a ona skacze – nóżka zgięta,
niech taką każdy ją pamięta:
ją – tamtą Kore! Jasne loki
w wieczór wplątują się głęboki.
Szkolne tornistry obok: dary
tej dość naiwnej w przyszłość wiary.
I kwitnie blada twarz Paryża,
i lato co dzień się przybliża;
choć zdjęcie wciąż ma kolor szary,
bielą tnie kadr fasada fary.
A z tamtej czwórki dwoje czyta:
napis ars longa, brevis vita
zdobi okładkę jednej z książek.
Po schodach toczy się pieniążek
prosto pod sandał. Już się wita
z nim ręka sprytna, nim ktoś spyta,
kto właścicielem jest monety.
Milczenie chronić ma sekrety,
zaś prawdy szukać mają słowa,
wciąż zaczynając trud od nowa.
Świadectwo losem jest poety…
Przy tamtych schodach – do plaż Lety.
piątek, 9 stycznia 2026
Tak, piastunka
Tak, piastunka patrzy ci najpierw w oczy,
potem opuszcza starczy wzrok,
szuka znajomej blizny.
Morze w prostokącie okiennicy
kołysze wątły statek,
a ona dotyka poszarpanego ciała.
Jesteś na powrót tym, kim byłeś.
Dla niej znów jesteś tym
bez innych blizn,
bez innych zdarzeń,
bez innych fal.
Dobrze, że jesteś, mówi,
dobrze, że nareszcie
zacząłeś znów być.
Nie opowiadaj, co się wydarzyło.
Niczego nie zmieni twoja długa opowieść.
Morze w prostokącie okiennicy
jest jedyną ważną opowieścią.
Wkrótce dokonasz tego, co musi się stać.
Ale jeszcze przez moment
przytrzymaj rozchybotaną łódź,
blask tamtego poranka,
wędrówkę słońca na białej ścianie.
Obdaruj mnie, prosi, tamtą chwilą,
którą przywiozłeś ze sobą,
przechowywaną z troską
w błękitnym węzełku
pogodnego nieba.