Co widzisz, gdy oślepia cię jasny poranek
wiosną? Kiedy drżące, zamazane kształty
odkładasz po kolei na potem. Pod kranem
zwilżasz twarz, spłukując z niej mrok, i swój zdarty
głos naprawiasz strofami z antologii „Jutro
w poezji stulatków”. Po co patrzeć w lustro,
gdy w kamieniach na ganku także dojrzysz zarys
siebie pod postacią cienia. W jaskrawości
dzień rozmywa się, dzieli i tak jak opary
benzyny mgli światło. Co z dużą łatwością
tłumaczyć chce zmęczeniem lub snu niedoborem
splot krwi ikaryjskiej, nieodkryty w porę.
Wychodzisz wprost w tę jasność. Ulice, witryny
sklepów ze sportowym obuwiem, szylkrety
płaszczy, biel koszul i krawaty z grenadyny
prowadzą ku miastu. Jak łatwo ulepić
taki model żywota, plastyczny posążek
przerzucać z rąk do rąk… I kto by tu orzekł
że są gdzieś wiosny inne – błądzi nieświadomie.
Sceneria jedynie zmienia się, albowiem
z czasem opuścić musisz podbite kolonie,
miast kruszców wywożąc kłopoty ze zdrowiem,
starość, której nie leczy sulfametoksazol.
Idziesz w mgle, niejasny, lecz z widoczną skazą.